Pewnie większość z Was już zdążyła zapomnieć o upałach sprzed 3 tygodni, tym bardziej że na horyzoncie przed nami kolejny śnieg tego lata, ale wypadałoby się cofnąć do tamtego okresu i opisać ten jakże tajemniczy zakątek Tatr Wysokich, w którym się znaleźliśmy w tym czasie. Miejsce oglądane przez wszystkich turystów zmierzających nad Morskie Oko, a odwiedzane marginalnie rzadko.
Wybraliśmy się tam z Zosią i Pawłem przez północno-wschodnie zbocza i tamtejszy dziewiczy las urwiskowy, ale po kolei. „Dzień” zaczęliśmy dość wcześnie, wyłączając pospiesznie budzik w telefonie nastawiony na 2:22. Szybkie kolacjo-śniadanie i za chwilę byliśmy już w drodze na Łysą Polanę, skąd ruszyliśmy w stronę Palenicy Białczańskiej i dalej Wodogrzmotów Mickiewicza. Te miały być ostatnim punktem szlakowego podejścia w tym dniu. Kilka minut po 4 dreptaliśmy już leśną ścieżką wzdłuż Potoku Roztoka i kolejnych progów Wodogrzmotów. Następnie odbijamy w las nabierając stopniowo wysokości żebrem ograniczającym Zagonny Żleb od wschodu
Na podejściu początkowo w miarę czystym lasem, następnie przez spiętrzenia skalne, po części omijane lekko z prawej, mamy okazję podziwiać kilkudziesięciometrowy, urwisty próg w Zagonnym Żlebie, z którego opadają cienkie nitki wodospadów. Przechodząc przez kilka nieco stromych rynienek i prożków, dostajemy się kilkanaście metrów nad owy próg. Następnie schodzimy bezpośrednio nad początek uskoku. Tam, nie będąc pewien co czeka nas dalej w kwestii wody na „nieplanowany” biwak, dorzucam sobie do plecaka 3 litrowy bukłak życiodajnej substancji i ruszamy na przeciwległe zbocze. Pierwszy botaniczny żlebek jest na tyle stromy, że po kilkunastu krokach wśród paproci z takim brzemieniem zapalają mi się łydki wszak to jakieś 33 kg na plecach. Nie powstrzymuje mnie to przed wejściem na jelenią kazalniczkę, z której otwiera się nieco szerszy widok. Z przezorności już z niej zaczynam się rozglądać w górnej części Zagonnego Żlebu, śledząc gdzie ewentualnie jeszcze coś płynie, bo Słońce i temperatura powoli zaczyna wyciskać z nas soki, uzupełniane na bieżąco z zabranych z auta płynów.
W dalszej części zaliczamy kolejną widokową kazalniczke, a z niej decydujemy się nawet na wspin, jak później się okaże, na pierwszy „false summit”. Poniżej wierzchołka Turni nad Szczotami nie ma oficjalnie nazwanych żadnych punktów, aczkolwiek są znaczone na części map wybitniejsze Turnice. Są również propozycje aby nadać im nazwy Zagonnych Baszt i Strażnic. Nad ich odnalezieniem czuwamy wspólnie z Pawłem, gdyż w założeniu tego wyjścia, było odwiedzenie ich wszystkich, o ile oczywiście będzie to możliwe. Jest też punkt, „a jak starczy czasu” 🙃. Całość koordynuje Zosia, która nie zna stwierdzenia „niemożliwe”.
Pierwsza Baszta nie stawia dużego oporu, tak samo jak pierwsza Strażnica aczkolwiek jest tam na niej książkowy 0++, który oczywiście nie powstrzymuje nas przed odwiedzeniem wierzchołka, ponad który wyrasta dodatkowe kilka metrów dość smukła limba. Z niej możemy ocenić kolejne dwie Turnice-Strażnice, wyższa opancerzona płytami nie wygląda zachęcająco, ale uśmiech Zosi mówi wszystko 😉
Kierujemy się w ich stronę przez botaniczny tor przeszkód. Paweł wysuwa się na prowadzenie i po wstępnej ocenie postanawia wejść na niższą, bardziej dostępną, obchodząc trudniejszą z lewej. My z Zosią nie chcąc targać tą samą drogą i to jeszcze pod górę swoich spuchniętych mandżurów, rozbijamy obóz przy pierwszej. Szpeimy się i zaczynamy pierwszy wyciąg. W trakcie wraca do nas Paweł i w pociągu dostajemy się na pierwsze i jedyne międzystanowisko z nieco wątłej limby rosnącej w połowie ściany. Tam powiedzmy że I/II-kowe żarty się kończą i zaczyna się crux podejścia, albo połogimi płytami w prawo z widocznymi zawilgoceniami, albo stromą rynienką z kiepską, a raczej żadną asekuracją, przechodzącą w parchaty kominek z luźnymi chwytami. Wybieram opcję jak zawsze kombinowaną, najpierw stając na jednej z gałęzi limby wbijam wysyłowy hak startując na połogie płyty, a następnie z falującą getrą trawersuję nimi w stronę kominka. Według mnie ruchy w okolicach III/IV. Wejście w kominek otwiera już drogę na szczyt, na którym o dziwo znajdujemy kilku-kilkunastoletnią pętle zjazdową. Po nacieszeniu się widokami, zjeżdżamy z własnego stanowiska na pełną długość połówkowej 40-tki, czyli około 20 m i dopełniając formalności wchodzimy z Zosią jeszcze na niższą Strażnicę. Po tych wygibasach wracamy poszukać ostatniej Baszty, co nie jest wcale takie oczywiste, gdyż chowa się ona dość skutecznie w tym urwiskowym lesie. Udaję się ją odnaleźć na lekko, po zostawieniu plecaków i z wszystkich dotychczasowych okazuje się chyba najprostszą do wejścia.
Wracamy do plecaków i rozważamy, czy iść w stronę Roztockiej Turniczki, zdajemy sobie sprawę, że będzie to botaniczny małpi gaj z niewiadomą, czy na pewno do niej dotrzemy. Ale jak nie teraz, to kiedy? Czy w ogóle jeszcze kiedykolwiek wrócimy w te piękne, ale dość wymagające rejony? Ustalamy, że zabieram tylko mały plecaczek z klapy mojego kredensu, do niego wsadzamy tylko pół litra płynów, symboliczne jedzenie, linę, osobisty szpej i uprzęże na tyłku i próbujemy. Droga przeciora nas srogo, przez las z wiatrołomami, płytowe prożki z opcją zejścia kosówką, paprociowe rynny, po kosówkowy Mordor z fazą chyba największego pylenia. Na szczęście po ostrej walce cały zespół melduje się na wierzchołku tej honornej Turniczki z pięknym widokiem na czołową ścianę Turni nad Szczotami. Poprzecinaną stromymi żlebkami, najeżoną uskokami i ostro kształtnymi zębami. Początkowo miałem pomysł żeby spróbować znaleźć jakąś sensowną linię wejścia tą ścianą na szczyt Turni, ale wizja odwrotu z ciężkimi plecakami przez ten małp gaj i argumentacja zespołu odwiodła mnie od tego pomysłu. To tylko nietrafiona okazała się ilość zabranych tam płynów w taki upał i przy tej ilości przyjętego pyłku kosówkowego, gdyż do plecaków wracamy z przysłowiowymi jęzorami na brodzie. Po posileniu się i nawodnieniu, okazuje się, że zapasów wody nie mamy już zbyt wiele, a wizja przewinięcia się jeszcze tego samego dnia przez Grań Wołoszynów na stronę Waksmundzkiej Doliny jest mało realna.
Nie poddajemy się jednak i proponuję przejście ponownie w stronę wcześniej zdobytej Baszty, gdyż z jej wierzchołka widziałem i wydaje się, że również słyszałem, lejącą się wodę, w jednej z odnóg Zagonnego Żlebu. Rysowała się tam również opcja łatwiejszego podejścia Żlebem w górne partie Szczot. Nie myliłem się, po zejściu i utracie kilkudziesięciu metrów zyskujemy dużo cenniejszy dostęp do wody. Na zejściu tym jednak doznaję jakiejś delikatnej kontuzji kolana, która na moment przyprawia mnie nawet o mroczki przed oczami i będzie momentami przy złym ustawieniu nogi dokuczała do samego końca tej wyrypy.
Przy cieku wodnym uzupełniamy zapasy, które wbijają nas jeszcze głębiej w podłoże i zaczynamy mozolne podejście w górę szukając możliwości odbicia na docelową Grań. Podejście botaniczne, ale udaje nam się unikać poważniejszej walki w kosówce, nie licząc kilkunastu metrów trawersu po niej. Następnie postanawiamy odbić w lewo paprociową łąką, zbliżając się do grani broniącej się wśród botaniki zawilgoconymi, płytowymi uskokami . Po pewnym czasie znajdujemy stromą mokrą rynienkę rozszerzającą się po kilkunastu metrach przewyższenia w kolejną paprociową rynnę/żleb. Opadający, jak się okaże później docelowej Turni-Czuby, na której zakończymy nieco przedwcześnie ten wyczerpujący dzień.
Około 16-tej dochodzimy na Szczyt oznaczony przez Rafała Jońcę na swojej mapie jako Turnia nad Szczotami i tam wyczerpani pomimo niepełnego przygotowania na takie okoliczności, postanawiamy zostać na noc w pełnym składzie wbrew początkowym założeniom.
Po długim odpoczynku, posileniu się i zrobieniu prowizorycznych platform do snu, kładziemy się na zasłużony odpoczynek, mając przed oczami mocna kosówką grań, która jeszcze byłaby przed nami. Choć plan był dużo ambitniejszy, to trzeba rozłożyć go jednak na dwa dni. Noc jest na tyle ciepła, że oddanie śpiwora i spanie jedynie pod samym tarpem nie sprawia mi zbytnio dyskomfortu i z relacji zespołu pozwala nawet trochę pochrapać 🐗
Rano po analizie Paweł stwierdza, że jednak nie jest to właściwy wierzchołek Turni nad Szczotami, który ponoć znajduje się kilkanaście metrów na północ pod nami. Po śniadaniu i spakowaniu legowisk, schodzimy więc przejść na koniec kosówkowej grani o wybitności dosłownie 3-5 metrów gdzie jest umowny wierzchołek. W moim odczuciu jeżeli faktycznie nadawać nazwę tej części grani, to byłaby to analogicznie do Kazalnicy Mięguszowieckiej Kazalnica nad Szczotami. Choć dodałbym jeszcze Kosówkowa 😅, a sam Szczyt Turni umieścił na pierwszej wybitniejszej Turni (Skrajnej Czubie nad Szczotami jak nazywa ją Dariusz Marciniak). Choć ta wybitnością też nie grzeszy, bo to zapewne jedynie kilkanaście metrów.
Po formalnym zdobyciu Turni nad Szczotami ruszamy kosówkowym torem przeszkód przez kolejne turnie-Czuby nad Szczotami, jak nazywa je Dariusz Marciniak. Mocna walka z zieleniną w końcu wyprowadza nas na Niżnie Siodło, na którym rysuje się coś w postaci pojedynczego rowu graniowego. Stamtąd obchodząc botanikę lekko z prawej wracamy ponownie na grań prowadzącą w stronę Zagonnego Zwornika.
Po przewinięciu się na stronę Doliny Waksmundzkiej i wypiciu w upragnionym cieniu kawy do drugiego śniadania, kierujemy się w stronę Wołoszyńskiej Strażnicy. Okazuje się, że nie taki diabeł straszny jak go malują i bez większych problemów wspinamy się przez wszystkie jej wierzchołki. Jednak to tylko z tej strony było w miarę łatwo, z dna doliny wygląda to na bardzo poważną wspinaczkę, chcąc iść na wprost. Schodzimy do Doliny Waksmundzkiej i lawirując przy korycie Waksmundzkiego Potoku, schodzimy nim w dół aż do przecięcia z czerwonym szlakiem między Równią Waksmundzką, a Wodogrzmotami Mickiewicza. W dolnej części Doliny udaj nam się znaleźć w miarę wyraźną ścieżkę, najprawdopodobniej stary szlak do Doliny Waksmundzkiej, który daje w lesie nieco schronienia przed palącym Słońcem. To była moja pierwsza wizyta w tej Dolinie i muszę przyznać, że nie sposób oprzeć się jej urokowi, na pewno będę chciał tam jeszcze wrócić. Dojście do asfaltu, a już najgorzej konieczność podejść w tym upale, daje się mi na końcówce mocno we znaki. Choć chodzenie na autopilocie z powodu wyczerpania nie jest mi obce, to gdyby nie możliwość napicia się wody, opadającej gdzieś zapewne z Głębokiego Żlebu, z resztką cukru zachowaną w plecaku, mogłoby się to skończyć zasłabnięciem „Konia” bez fasiągu, ale z kredensem na plecach. Zosia chcąc nie chcąc musiałby mnie znieść na dół, nie wspominając już o znoszeniu tego co ta Cholera znalazła na dnie plecaka już w domu 😅
Mega ciekawe tereny i świetne towarzystwo, więc pomimo bardzo ciężkich warunków to jedna z najlepszych botanicznych przygód w Tatrach w jakiej miałem przyjemność uczestniczyć!
Do następnego Załoga 🤜🤛🙂













































































