Zimnowodzka Grań

Zimnowodzka Grań od Rywocińskiej Przełęczy do Pośredniej Grani z noclegami na Wielkim Kościele i Ciemniastej Turni + nocleg na Małej Pośredniej Grani i najbardziej honorny na Harnaskiej Kopce.
Na wstępie zaznaczę, że galeria trochę mi spuchła ze względu na to, iż chciałem pokazać nieco szczegółów topograficznych dla potencjalnych „Łojantów”. Nie jestem zwolennikiem obdzierania wszystkiego z przygody, więc nie rysuję kresek. W myśl sentencji: „Czasem musisz zgubić drogę, żeby odnaleźć samego siebie”. Myślę, że komentarze pod zdjęciami i tak wiele wyjaśnią.
Po ostatnim wyjściu w nieco większym składzie na Zimnowodzką Grań miałem lekki niedosyt tychże terenów. Postanowiłem wrócić i przejść tą mało uczęszczaną grań ponownie, tym razem jednak samotnie. Niestety zbiegło się to z tragicznymi wiadomościami z Alp. Zawsze gdy słyszę o śmierci Solisty w górach, wracają wspomnienia z 2021, gdy po zejściu z noclegu na Krywaniu, solowanie grani w kierunku Hrubego Wierchu o mały włos nie skończyło się dla mnie podobnie. Od tamtego czasu rzadziej chodzę sam, jednak często mi tego brakuje, czego dowodem jest to przejście.
Tym razem również startuję z Tarzańskiej Leśnej i tak jak tydzień wcześniej kieruję się do Doliny Małej Zimnej Wody, by stamtąd odbić ze znakowanej ścieżki w kierunku Rywocińskiej Przełęczy. Po ostatnich opadach poziom wody w Małej Zimnej Wodzie znacznie się podniósł i nie udaje się przejść suchą stopą. Pozostaje ściągnięcie butów i w stylu „na bociana” przedostanie się na drugi brzeg. Na śnieżnym podejściu do żlebu wprowadzającego na Rywocińską Przełęcz wciąż widać nasze zeszłotygodniowe ślady, więc nie wypada nic innego, jak z nich skorzystać. Śniegu na szczęście ubyło dość dużo i po kilkudziesięciu metrach mogę już przejść na trawiasto skalną część podejścia. Dobra alternatywa dla kogoś kto wybrał się tu w niskich podejściówkach. Trawki i sama skała jest niestety na tyle wilgotna, że trzeba uważać na każdy krok.
W miarę sprawnie jednak dostaję się na Przełęcz i ruszam wyraźnie przeciętą kosówkową ścieżką w stronę Dziadowskiej Skały, a następnie schodzę z niej po stronie Doliny Staroleśnej na Skrajną Dziadowską Przełęcz. Dalej pokonując granią różne, w miarę łatwe „Dziadostwa”- Skrajną Kopkę, Pośrednią Przełęcz, Zadnią Kopkę, Zadnią Przełęcz dostaję się pod mało zachęcające do solowania, lekko podcięte ściany Dziadowskiego Kopiniaka i Dziadowskiej Turniczki. Obchodzę je po stronie Doliny Małej Zimnej Wody charakterystyczną półką skalną porośniętą nieco kosówkowym rajem, a następnie stromą trawiastą rynną i ląduję na Dziadowskim Przechodzie. Przewijam się na stronę Doliny Staroleśnej i tam odnajduję łatwe wejście na obie Turniczki, których nie odwiedziliśmy poprzednim razem.
Po powrocie na Przełęcz pozostaje mi podejście na Mały Kościół, na którym ostatnio biwakowaliśmy w gotowej kolebie szczytowej, z tym że trzeba było nieco rozbudować, aby pomieściła 2 osoby.
Tym razem podchodzę środkiem zbocza, a ze względu na bardziej mokre trawki i brak asekuracji, choć teren nie jest jakoś bardzo trudny, zakładam raki, które mocno ułatwiają sprawę. Jednak „największą robotę” w tym nieco rolniczym terenie robi dziabka, na której co rusz podciągam się zdobywając kolejne metry. Każdemu kto będzie się tam wybierał, polecam zabrać ze sobą czekan nawet latem.
Na Małym Kościele jestem o 13 i tu robię pierwszą dłuższą przerwę. Pamiętając, że zejście do pierwszego stanowiska zjazdowego nie było za darmo, zakładam więc kolejne na wierzchołku. Robię zjazd, a częściowo w zasadzi bardziej zejście ze względu na dużą ekspozycję i wahadło w stosunku do kolejnego, gotowego stanowiska, a następnie krótkie przejście granią do niego. Łącznie jest to pełna długość mojej liny czyli niecałe 20 m. Po drodze jest możliwość założenia czegoś pośredniego, gdyby ktoś wybierał się z popularną 30-tką, lub ewentualnie przejście samego krótkiego odcinka graniowego „na żywca”(duża ekspozycja, ale niezbyt trudno technicznie).Dalej czekają na mnie kolejne dwa sporo krótsze zjazdy w lini grani, w tym pierwszy ponownie z lekkim wahadłem, więc znowu decyduję się na zejście dosłownie ostrzem grani, wydając sobie luz jak przy zjeździe. Kolejny zjazd i ląduję przy ostatnim gotowym stanowisku, przed którym mamy jeszcze kawałek mega eksponowanej grani. „Zwiedziłem” ją poprzednim razem i wiem, że na końcu nie czeka nic dobrego dla zwykłego „łazika graniowego” 😉
Ostatni zjazd to obniżenie się do tarasiku skalnego po stronie Doliny Małej Zimnej Wody i przejście w kierunku Skrajnej Przełęczy między Kościołami. Teren I-kowy, ale na końcu mamy przewinięcie przez bardzo niewygodną i eksponowaną ściankę o nieco większych trudnościach. W tym miejscu właśnie po zaklinowaniu nogi w szczelinie, łamię łącznik w lewym raku. Niestety nie mam ze sobą zapasowego więc dalszą część grani przejdę już bez raków. Z Przełęczy kieruję się na Kopkę między Kościołami, której nazwa może być nieco myląca. Jest to ponownie mocno eksponowana szczególnie od Strony Doliny Staroleśnej, niedługa grań z dość mocnym miejscem, gdzie najlepiej idąc na odciąg i trzymając się ostrza grani, mamy do przejścia może dosłownie 3 m, ale ekspozycja robi swoje. Na końcu tej grańki, od strony Doliny Staroleśnej znajduje się pętla do opuszczenia się na Zadnią Przełęcz między Kościołami. To zaledwie kilka metrów w dół, a teren jest dobrze urzeźbiony, więc udaje mi się zejść bez jej pomocy. W okolicach Przełęczy korzystam z ostatniej tego dnia okazji przed Wielkim Kościołem na stopienie śniegu i uzupełnienie zapasów wody.
Stąd znowu kawałek podejścia łatwym „rolniczym terenem” czyli ścianą Wielkiego Kościoła kierując się w prawo skos do charakterystycznych kosówek w połowie ściany. Następnie odbijam lekko w lewo i kieruję się tym razem nieco bliżej grani w stronę balkoniku, na którym jest gotowe stanowisko przed cruxem tego podejścia. Stąd musimy odbić mocno w lewo trawersując kilka metrów nad zacięciem, którym również możemy dostać się w okolice wspomnianego już stanowiska. Trawers ten zapamiętam po tym wyjściu na dość długo, gdyż po przejściu na dość dużym kamień, z którego korzystałem również tydzień wcześniej, nagle tracę grunt pod nogami. Na szczęście mam zapięty dobry chwyt na lewą rękę i osuwam się jedynie lekko w dół, słysząc jak owy głaz odbija się i roztrzaskuje w zacięciu. Czujnie zatem przechodzę na drugą stronę i kieruję się w stronę kolejnego gotowego stanowiska pozwalającego na zjazd w drodze powrotnej. Dalsze podejście to ponownie teren rolniczy wyprowadzający na krótką, poszarpaną i eksponowaną grań, ale technicznie o niedużych trudnościach.
Na szczycie Wielkiego Kościoła nie ma zbyt wiele miejsca, a część głazów wisi tam „na słowo”, dlatego też po ułożeniu prowizorycznej platformy, zakładam sobie do snu dwa naprzeciwległe przeloty, które pozwolą czuć się w miarę bezpiecznie w tym niepewnym graniowym łóżku. Przed zachodem Słońca zalewają mnie niskie chmury i nie udaje się ustrzelić żadnych impresji. Dodatkowo Słońce szybko chowa się za zbocza Pośredniej Grani zawężające widoki w kierunku północno-zachodnim. Po zachodzie natomiast rozpogadza się i niemal bezchmurne niebo daje możliwość uchwycenia ciekawych kadrów w niebieskiej godzinie oraz już w nocy z rozgwieżdżonym niebem.
Rano po spakowaniu mojej gawry, ruszam w stronę Wrótek przed Kaplicami, stąd na zeszłotygodniowym wypadzie obniżaliśmy się na taras pod Wielkim Kościołem, a następnie schodziliśmy do Doliny Staroleśnej ze względu na ograniczenia czasowe. Tym razem mam o wiele więcej swobody pod tym względem. Z Wrótek schodzę trawiastą rynną jedynie kilka metrów na stronę Doliny Staroleśnej, by obejść pierwszą turniczkę Małej Kaplicy i dostać się na małe siodełko między tą turniczką i właściwym wierzchołkiem. Tu ściągam plecak i eksploruję grań Małej Kaplicy, na której wierzchołku nie znajduję stanowiska i możliwości jego sensownego założenia. Wracam na sidełko i z niego przewijam się i schodzę zacięciem na stronę Doliny Małej Zimnej Wody. Po zejściu około 20-25 m trawersuję w stronę Wrót między Kaplicami. Chcąc uniknąć brodzenia w śniegu, podchodzę ponownie w górę, gdzie zauważam, że przewinięcie się przez wierzchołek Małej Kaplicy również teoretycznie byłoby możliwe, choć w mocnej ekspozycji i trochę niepotrzebnie wybrałem wariant obejściowy. Kilka metrów przed wierzchołkiem znajduję solidnie wyglądający ząbek skalny, z którego robię zjazd na Wrota między Kaplicami. Następnie żeberkiem od strony Doliny Małej Zimnej Wody podchodzą na Wielką Kaplicę. Krótka sesja zdjęciowa oraz drugie śniadanie i zejście na Wrótka za Kaplicami przez Skrajną Dzwonniczkę. Ostatnie kilka metrów zejścia z niej to nieco trudniejszy teren, co sygnalizuje pozostawiona tam czerwona taśma, która może w tym ewentualnie pomóc. Mi udaje się zejść bez zjazdów w czym znowu pomaga mi dziaba i haczenie nią w szczelinach. Przy Wrótkach za Kaplicami po stronie Doliny Staroleśnej znajduje się charakterystyczne okno skalne, jak je roboczo nazwałem „test na właściwe spakowanie graniowego plecaka”. Oczywiście nie mieszczę się w nim i muszę przechodzić na raty 😉
Po przejściu przez okienko wyłania się przed nami w całej okazałości kolejna wybitna Turnia czyli Dzwonnica. Nie decyduję się jednak na podejście bezpośrednio granią gdyż z lewej jej strony przy małym siodełku zauważam stanowisko zjazdowe, do którego trawersuję . Tam zostawiam plecak i na samą Dzwonnicę wchodzę na lekko, dobrze urzeźbioną, myślę że III-kową ścianką. Po krótkiej sesji na szczycie wracam do stanowiska złożonego ze starego haka i dołożonego repika i zjeżdżam na pełne 20 m w stronę trawiastej rynny, w której zalega nieco śniegu. Zjazd może być tez krótszy gdyż łatwiejszy teren zaczyna się nieco wcześniej i myślę że znowu lina 30 m byłaby wystarczająca. Po zjeździe schodzę jeszcze kilka metrów w dół, a następnie odbijam ponownie w kierunku grani na którą wyprowadza mnie trawiasto skalna ścianka. Dostaję się tuż nad Ciemniastą Przełęcz, przed którą mam jeszcze do zdobycia niewysoką, połogą turniczkę-Zadnią Dzwonniczkę, a następnie schodzę już na nią.
Stąd pomimo iż wariant trawersujący w lewo szerokie trawiaste zbocze Ciemniastej Turni poniżej wielkiego płata śniegu, przy połogich ścianach wydaje się łatwiejszy, to jednak mam na tyle czasu, że postanawiam wybrać nieco mniej oczywistą opcję wzdłuż ścian Ciemniastej Igły, którą postanowiłem sobie odpuścić, żeby mieć motywację jeszcze tu wrócić. Podchodzę trawiastą rynną z niewysokim I-kowym progiem i omijając płaty śniegu kieruję się na trawiasty balkon. Tam korzystając z zapasu czasowego, topię śnieg, by ponownie uzupełnić zapasy wody i uraczyć żołądek czymś ciepłym. Po tej przerwie podchodzę w kierunku grani, która okazuje się dość litym stromym połogiem. W jej ostrzu moją uwagę przykuwa strzelisty ząb skalny. Obchodzę go aby sprawdzić czy dalej uda mi się wejść na grań w trudnościach pozwalających na solową wycieczkę z biwakowym plecakiem jednak ostrza grani cały czas bronią połogie płyty, choć zdarzają się w nich również interesujące rysy. Nie decyduję się jednak na próbę ich eksploracji i pozostaje mi czujny trawers po nieco mniej stromych połogach poprzetykanych trawiastymi stopniami w stronę zacięcia wprowadzającego w kierunku najłatwiejszej opcji wejścia na Ciemniastą Turnię. Niestety w zacięciu płynie stróżka wody i mimo że nie jest ono zbyt długie, to jedyna metoda przejścia to pójście na tarcie bądź rozpór, co przy mokrej skale przy pierwszej próbie kończy się zjechaniem do punktu wyjścia. Przez moment mam ochotę odpuścić i obniżyć się jeszcze kilka metrów w stronę kopczyka prowadzącego do łatwiejszej rynny trawiasto-skalnej za żeberkiem. Ambicja jednak bierze górę i kolejna próba przynosi już pozytywne skutki. Za zacięciem wybieram podejście w lewo skos wyprowadzające na grań i niezbyt trudnym terenem dostaję się na wierzchołek Ciemniastej Turni.
Na szczycie oczywiście zaczynam od ułożenia wygodnego miejsca do snu. Sztuka ta nie do końca jednak się udaje, gdyż w moim kierunku zaczynają zbliżać się deszczowe chmury. Ze względu na to, iż została sama kosmetyka podłoża, postanawiam rozbić biwak na tym co udało się ułożyć do tej pory. Niestety deszcz przychodzi szybciej niż się spodziewałem, a na szybko układany i rozbijany biwak wkrótce daje konsekwencje w postaci ”uszczypanej” maty, z której powoli zaczyna uchodzić powietrze. Na szczęście nie jest to duża dziurka i wystarczy co jakieś 2-3 godziny lekko dopompować żeby komfortowo na niej leżeć. Deszcz odpuszcza po około 2 godzinach i zaczynają się lekkie rozpogodzenia. Po dość słabym zachodzie Słońca nocne polowanie na przejaśnienia przynoszę nieco lepsze efekty.
Poranek jest już dość pogodny i niezwykle leniwy, waham się czy iść dalej na Pośrednią Grań czy wracać się w kierunku Ciemniastej Przełeczy i próbować zejść jednym ze żlebów. Gdy zaczynam się już pakować z zamiarem odwiedzenia Pośredniej Grani, na Ciemniasty Przechód ze żlebu Stilla wychodzi dwójka śmiałków wybierających się również w tym kierunku. Po krótkiej konwersacji okazuje się, że jest to znajomy Grzesiek Dziurdzik wraz ze swoją koleżanką. Zanim kończę zbieranie swojego legowiska Oni ruszają już w stronę szczytu, ja natomiast robię dwa zjazdy z gotowych stanowisk w kierunku Ciemniastego Przechodu. Tam próbuję zaadoptować zapasowy łącznik Grześka, który zostawił mi do przymiarki na Przeleczy. Kształtem pasuje jednak jest on niestety za cienki co może spowodować wypięcie się przedniego koszyka bez ostrzeżenia. Ruszam więc w górę bez raków omijając wszelkie możliwe poletka śnieżne, a przy okazji pakując się w trudności na połogach. Po przejściu żeberka, którym prowadzi standardowa ścieżka podejściowa, z tym że przewijając się na drugą stronę pierwszym wcięciem, nie mam wyjścia i muszę przetrawersować, a następnie podejść w górę kawałek po śniegu. Na szczęście są w nim wybite już wygodne stopnie choć operujące Słońce mocno je rozmiękcza, a poza nimi śnieg jest mocno niepewny. Najszybciej jak się da uciekam więc w prawo na żeberko skalne, którym po nabraniu wody płynącej z topniejącego pola śnieżnego za nim, podejdę w kierunku grani wyprowadzającej już bezpośrednio na szczyt. Podchodząc ponownie na żeberko nieświadomie zrzucam niewielki kamień, który ląduje na polu śnieżnym i obserwuję jak z tak niewielkiego obciążenia wyzwala się zsuw szerokości około 1 m i długości co najmniej 100 m, czyli na całą jego długość . To tym bardziej utwierdza mnie w tym, aby unikać dalszego kontaktu ze śniegiem na południowych wystawach. Po nabraniu wody mam też szczęście zaobserwować, jak się później okaże, młodego orła przedniego szybującego nad Doliną Małej Zimnej Wody, który robi pętlę w okolicach Hrebionka i wraca po stronie Doliny Staroleśnej w moim kierunku.
Przed ostatnią prostą na szczyt sprawdzam stan ławki trawersującej po zachodniej ścianie Pośredniej Grani w kierunku Wyżniej Pośredniej Przełączki i poza dość słabo wyglądającym początkiem dalsza część ławki wygląda przyzwoicie. Wchodzę na szczyt żeberkiem z lewej strony tuż nad skrzynką szczytową. Po dłuższej przerwie obfotografowaniu panoramy i sprawdzeniu prognoz, postanawiam kontynuować przejście przynajmniej do Małej Pośredniej Grani przez ławkę, którą sprawdziłem wcześniej.
Na początku robię zjazd ze względu na sporą ilość słabego śniegu w kominku, a następnie już w nieco mniej śnieżnym terenie kieruję się w stronę żlebu opadającego przed ścianką z podejściem na Wyżnią Pośrednią Przełączkę. Przed wejściem do żlebu jestem zmuszony prowizorycznie zreperować pęknięty łącznik, używając do tego część moich trytytek, a część wzmacnianych, które dostałem od Grześka, spotkanego gdy schodził z Pośredniej Grani. Zachowawczo przed wejściem do żlebu zakładam stanowisko i przechodzę go z asekuracją. Śnieg na szczęście na tej wystawie jest w nieco lepszej kondycji, ale tuż po wejściu w żleb nieopodal mnie spada kilka niewielkich kamieni ze ścian Pośredniej Grani co motywuje do jak najszybszego opuszczenia tego terenu. Samo podejście na Małą Pośrednią Grań nie stanowi już żadnych problemów. Po dotarciu na szczyt stwierdzam, że skoro już tu jestem, to może warto byłoby zachować jakąś chronologię biwakową i tu ułożyć kolejną kolebę do spania, a nie na Żółtym Szczycie, który też chodził mi po głowie. W ogóle 3 biwak nie do końca był w planach, tym bardziej po przebiciu maty, ale ze względu na zapowiadane nocne przymrozki, liczyłem na dobre warunki zejściowe w żlebie opadającym z Pośredniej Przełęczy do Doliny Starroleśnej.
Układam więc kolejne wyrko skalne. tym razem wygładzając jego powierzchnię śniegiem i w tak przygotowanym legowisku oglądam festiwal chmur przelewających się prze grań Świstowego i Jaworowych Szczytów przed zachodem Słońca. Z lekkim niepokojem spoglądam też w stronę Sławkowskiego Szczytu, za którym można zauważyć komórkę burzową, ale radary wskazują na dość dużą jej odległość. Zupełnie na południu, gdzieś w okolicach Popradu pojawia się nawet tęcza, ale na szczęście żadne opady nie dosięgają mojej sypialni. Noc przynosi niemal bezchmurne niebo, co daje doskonałe warunki do obserwacji zachodzącego księżyca, w pobliżu którego wędruje również jasna Wenus w gwiazdozbiorze Bliźniąt. Takie bezchmurne niebo często przynosi mocną kondensację zwłaszcza przy zapowiadanym spadku temperatur w wyniki wypromieniowania i konwekcji, tak też się dzieje tej nocy. Po dość długim fotografowaniu nieba i telekonferencji astronomicznej z Marysią, która tej nocy biwakuje na Babiej Górze, odpływam w końcu w błogi sen. Rano budzę przed 5 i po krótkiej sesji zdjęciowej wschodu Słońca, zaczynam pakowanie, by jak najwcześniej ruszyć w dół i wykorzystać nocny przymrozek.
Schodzę żlebem z Wyżniej Pośredniej Przełączki w kierunku Ławki Doubkego, w którym śnieg w górnej części jest przyzwoicie zmrożony jednak im bliżej Ławki, tym jego jakość spada, a ja momentami zapadam się nawet za kolano. Na szczęście wierzchnia warstwa jest zmrożona i nie ma większego ryzyka, że coś wyjedzie. O ile do tej pory myślałem jeszcze nad zejściem samą Ławką, widząc, że na grani w jej kluczowym momencie jest już sucho, to jednak jakość śniegu przekonała mnie do przewinięcia się na zachodnią część grani. W żlebie za Pośrednią Przełęczą śnieg mocno zmrożony. Poprawiam trytytkowe połączenie złamanego łącznika, które ucierpiało w ostatniej skalnej fazie zejścia z Wyżniej Pośredniej Przełączki i rozpoczynam zejście 700 m w dół w kierunku Doliny Staroleśnej. W żlebie warunki zróżnicowane, wymagające, ale przy zachowaniu ostrożności bezpieczne. Schodzę na przemian raz przodem do zbocza w miejscach mocno zlodowaciałego śniegu, w który ciężko wbić raki, a raz tyłem piętami wybijając wygodne stopnie. Szybko zostawiam za sobą kolejne metry w niezwykle widokowym, choć surowym żlebie. Po zejściu i przejściu na „stronę światła”, mogę delektować się pięknym widokiem w stronę Sławkowskiego Szczytu i mocno jeszcze ośnieżonej Jaminy, do której bardzo chcę w tym roku wrócić. Po dojściu do szlaku i ocenie marnych już zapasów prowiantu, postanawiam jednak podejść do Zbójnickiej Chaty, do której mam około 350 metrów przewyższenia, tam zjeść coś na ciepło i wypić kufel złocistego elektrolitu, a w zasadzie to dwa 😉

Szkoda byłoby zmarnować taką piękną pogodę na drogę powrotną do rzeczywistości, decyduję się więc na kolejny biwak jednak tym razem już bez większych przewyższeń i trudności, po prostu chill. Obieram za cel Harnaską Kopkę, niewysoką skalną kapustę widoczną z ławeczek przed schroniskiem, skąd będę miał dość rozległy widok na całą Dolinę Staroleśną i jej otoczenie. Tam nadrabiam nieco zaległości w kwestii snu, a następnie fotografuję zbliżającą się koniunkcję Wenus z Księżycem tuż po zachodzie Słońca. We wtorek wstaję około 5 i schodzę po 4 biwakach kierunku cywilizacji, ze względu na zapowiadane opady i stan prowiantu obliczony na około 5 żelków i garstkę bakalii. W drodze powrotnej mój wzrok często ucieka w stronę przebytej grani , ale błądzi też w kierunku kolejnej, którą jak się okaże, zaatakujemy zaledwie po 3 dniach przerwy 😉