Can Cer (17.5.2023)
W Tatrach okres nieco gorszej pogody, więc w końcu znalazłem czas, żeby napisać co nieco o wyprawie bezrobotnych na Teneryfę.
Pierwotnie to miał być kierunek, w który mieliśmy się udać w marcu, zamiast wycieczki do Maroka, ale niby czemu mielibyśmy rezygnować z którejś destynacji?
Tak więc już 3 dni po powrocie z Maroka kierownik techniczny – Ondrej wyszukał i zakupił bilety lotnicze w dość przystępnej cenie jak na okres majówki, o który mieliśmy zahaczyć.
Loty były z przesiadkami i w ten sposób mieliśmy kilka godzin na szybkie zwiedzanie Barcelony w drodze na Teneryfę i nieco dłuższe zwiedzanie Valencii w drodze powrotnej.
Jednak to nie architektura była kołem zamachowym tej wyprawy, a góry. Góry w czystej formie i choć w większości szlakowo, to oczywiście ze szczyptą anarchii. Bez permitów, z łamaniem zakazów i ciągiem 5 noclegów pod gwiazdami.
Naszym punktem wypadowym było największe miasto Teneryfy, Santa Cruz. Tu mieliśmy zarezerwowany pierwszy nocleg, po którym wyruszyliśmy na dalsze zwiedzanie wyspy. Wcześniej jednak musieliśmy kupić kilka niezbędnych rzeczy do noclegów w plenerze. Przede wszystkim karimaty oraz kartusze gazowe do kuchenki. O ile z tym pierwszym nie było większego problemu, to z kartuszami w sklepach outdoorowych już było gorzej. Z pomocą przyszli przypadkowi budowlańcy, którzy od razu dali nam namiar na sklepy Ferretería, czyli w tłumaczeniu na polski „żelazny sklep”, nie słyszałem tego określenia od dzieciństwa. Wybór był niewielki, gdyż w sprzedaży były jedynie kartusze 500 g zgodne ze standardem EN417, jednak koszt porównywalny do „naszych” 230 gramowych.
W pełni wyposażeni ruszyliśmy po południu lokalną komunikacją (titsa) w kierunku miejscowości Vilaflor, skąd rozpoczęliśmy pierwszą, 3 dniową część naszej eskapady z głównym celem, wejściem na czynny stratowulkan Pico del Teide, czyli najwyższy szczyt Hiszpanii. Trekking rozpoczęliśmy częścią najdłuższego szlaku na Teneryfie, mianowicie GR 131. Ze względu na porę wymarszu (około 15:30) i temperatury nie planowaliśmy się zbytnio zajeżdżać pierwszego dnia. Jako cel obraliśmy jedną z atrakcji w pobliżu szlaku GR 131 i główną jeżeli chodzi o klasyczną pętlę z Vilafloru szlakiem TF 72, mianowicie Paisaje Lunar – Księżycowe Skały. Według informacji znalezionych w sieci zaczęły one „formować się ok. 500 tysięcy lat temu, w wyniku kolejnych erupcji wulkanu oraz niszczenia skał przez deszcz i wiatr. Skały Księżycowe mają budowę warstwową – kolejne pokłady materiałów piroklastycznych przykrywały wcześniejsze osady wulkaniczne. Powolna, lecz systematyczna erozja nadała im niezwykłe kształty.” Tu też zaplanowaliśmy pierwszy nocleg przed następnym bardzo mocnym dniem.
Kolejny dzień to podejście około 550 m w kierunku Przełęczy Degollada de Ucanaca, na którą wybieramy pozaszlakową ścieżkę biegnącą Doliną Valle de Ucanca w pobliżu starego kanału nawadniającego. W dolinie trafiamy na jedno z nielicznych źródeł słodkiej wody w postaci „chatki”, w której mamy możliwość uzupełnienia jej zapasów, oraz „wykąpania si ”. Na przełęczy po raz pierwszy ukazuje nam się monumentalny wierzchołek Pico del Teide, górujący około 1600 m ponad centrum turystycznym Canada Blanca, do którego schodzimy około 250 m.T am ponownie uzupełniamy zapasy wody i zaopatrujemy się w nią też na kolejny dzień (po około 5l ), a przy okazji ładujemy elektronikę, gdyż kolejna okazja, jak się okaże, będzie dopiero za 2 dni. Po wyekwipowaniu się, ruszamy chodnikiem, jak niedzielni turyści, w stronę Roques de Garcia, by uwiecznić z punktu widokowego jedną z największych atrakcji w tym rejonie czyli Roque Cinchado na tle Pico del Teide. Następnie ja schodzę w dół w kierunku skał La Catedral, by obejść Roques de Garcia po lewej stronie, natomiast Ondrej wybiera wariant z prawej strony. Na przełęczy przy La Catedral spotykam dwójkę Polaków, z którymi ucinam krótką pogawędkę i tak zostaję z ponad pół godzinnym opóźnieniem względem Ondreja, który zmierza już na Pico Viejo, bliźniaczy wulkan Teide. Podejście tam jest dość mozolne i gdyby nie delikatny wiatr i od czasu do czasu pojawiające się obłoki na niebie, chyba usmażyłbym się na tym wyschniętym na pieprz żużlowym krajobrazie. Po złapaniu kontaktu wzrokowego uważnie przyglądam się, jak Ondrej próbuje sobie skrócić drogę bocznymi ścieżkami pozaszlakowymi. W konsekwencji powoduje to jedynie wzrost ilości przewyższeń koniecznych do pokonania, ze względu na liczne żebra, które trzeba przejść, aby wrócić ponownie na szlak. Sam też daję się wciągnąć w te „skróty” jednak w dużo lepszym wariancie. W ostatecznym rozrachunku odrabiam straty, a nawet udaje mi się nadrobić kilka minut, które z przyjemnością spędzam w cieniu skał czekając, aż Ondrej skończy swoją pozaszlakową przygodę. Dalej ruszamy już wspólnie gubiąc szlak jeszcze raz, ale ostatecznie przed 19-tą udaje nam się dojść na przełęcz pomiędzy dwoma najwyższymi szczytami Teneryfy. Stąd czeka nas jeszcze około 700 metrów przewyższenia do pokonania na najwyższy szczyt Atlantyku mierzący około 7500 metrów od dna morza. Zachód Słońca nad La Palmą oglądamy z wysokości około 3500 m. Co ciekawe, nieco wyżej w okolicach górnej stacji kolejki, jest jeszcze około 50 osób, a ostatni kurs zjeżdżający na dół odbywa się około 21-ej. Obsługa nawet pyta czy nie zabieramy się z nimi na dół, ale mamy nieco inne plany. Na szczycie jesteśmy przed 22-gą, a okolice samego wierzchołka z mocnymi wyziewami gorącego siarkowodoru nie zachęcają do biwakowania. Dość szybko jednak lokalizujemy odpowiednie miejsce na spędzenie tam nocy. Znajduje się ono kilkanaście metrów poniżej wierzchołka i wymaga jedynie delikatnego liftingu podłoża, żeby było kompatybilne z naszymi dość cienkimi matami. To był mocny dzień, w którym pokonaliśmy około 2500 m przewyższenia, więc szybka kolacja w postaci liofa i odpływamy w błogi sen. Oczywiście po paru godzinach budzę się na niemal 2 godzinne bieganie po szczycie w poszukiwaniu dobrych, gwiezdnych kadrów, między innymi w towarzystwie zachodzącego Księżyca około 4 w nocy 😉
Po takiej nocnej rozgrzewce nie udaje się już usnąć, a kolejne osoby przychodzące na wschód Słońca, jeszcze bardziej to utrudniają. Niestety nasza koleba znajduje się tuż przy szlaku i każdy przechodzący, jak gdyby z premedytacją świeci nam po oczach. Pakujemy więc nasze legowiska i również udajemy się na szczyt obejrzeć spektakl wschodzącego Słońca, ze słynnym cieniem Teide ulokowanym nad La Gomerą. Po obejrzeniu wschodu, udajemy się w dół przez górną stację kolejki w kierunku niestety nieczynnego schroniska Altavista. Następnie schodzimy niekończącymi się zakosami do „Jaj Teidego” czyli ogromnych głazów uformowanych w wyniku staczania się zastygniętych kawałków lawy po jej lepkich jeszcze strumieniach, co powodowało oblepianie ich w coraz to większe „jaja”. Dalej obieramy azymut na kolejne centrum turystyczne El Portillo, do którego prowadzi nas szlak S6 Montana de Los Tomillos. Po przebyciu mocno pustynnego krajobrazu, na oparach wody pobranej poprzedniego dnia, docieramy do centrum, w którym okazuje się, że jedyna restauracja w pobliżu jest zamknięta. Na szczęście udaje się zaopatrzyć w kolejne zapasy wody. Początkowo mieliśmy plan na nocleg w okolicy, na jednej z „kapust”, jednak niepewni odnośnie transportu następnego dnia w niedzielę, decydujemy się na zejście leśnym szlakiem w kierunku miejscowości Camino de Chasna. Choć szczerze powiedziawszy początkowo ten pomysł zupełnie nie trafia mi do gustu, ze względu na obtarcia stóp dające po dupie na zejściu, których nabawiłem się jeszcze w Santa Cruz, nie zakładając do sandałów skarpetek jak przysłowiowy Janusz 😉 Po dojściu do wiatki turystycznej położonej nieopodal skraju lasu, na wysokości około 1200 m, postanawiamy zostać w niej na noc. Gotujemy wodę na liofy, a w międzyczasie pojawia się para lokalsów wybierających się również w kierunku Teide. Pytają na samym wstępie skąd schodzimy i gdzie się udajemy, a najbardziej interesuje ich czy ruszamy jeszcze dziś. Początkowo nie wiemy z kim mamy przyjemność, więc odpowiadamy pokrętnie, że zmierzamy do Chasny i wybieramy się tam zaraz po zjedzeniu kolacji. Ta wiadomość wyraźnie ich ucieszyła, gdyż oznajmiają, że to świetna wiadomość ponieważ planują tu dziś zostać na nocleg… Szach mat, strzeliliśmy sobie w kolano. Nie chcąc wprowadzać niezręcznej sytuacji, ruszamy więc po kolejne około 100 m zejścia (łącznie jakieś 2600 m tego dnia), które jak się później okaże, zostanie wynagrodzone przepięknym zachodem Słońca. Kolejny biwak rozbijamy na skraju lasu delektując się porzeczkowym bimberkiem z polskiej destylacji, przy okazji oglądając jeden z najładniejszych zachodów Słońca, jakie dane było mi do tej pory oglądać. Moc przypadku jest niesamowita.
Nad ranem udaje się również złapać Drogę Mleczną z Teide oraz czołówkami pierwszych zdobywców zmierzających na szczyt. Sam wierzchołek również świetnie prezentuje w porannych promieniach wschodzącego Słońca.
Po spakowaniu się, ruszamy w kierunku Camino de Chasna, a następnie na dworzec autobusowy w miejscowości La Orotava, skąd przemieszczamy się na północną część wyspy do miejscowości Punta del Hidalgo. Swoją drogą nie sądziłem, że kiedykolwiek będę używał kijków w mieście, ale uliczki Chasnie to istne diretissimy o mega nachyleniu. W Hidalgo zamierzamy rozpocząć drugą część naszej wycieczki po Teneryfie, czyli przejście wzdłuż wybrzeża najstarszych geologicznie, ukształtowanych około 7 mln lat temu, zielonych gór Anaga. Widokowo trawers ten zachwyca już od pierwszych metrów szlaku PR-TF 10 a kolejne punkty widokowe w drodze do miejscowości Chinamada powodują opad szczęki. Tam po ciężkiej przeprawie w mocno dającym się we znaki Słońcu robimy sobie zasłużoną przerwę w jedynej restauracji La Cueva. Uzupełniamy płyny, jemy coś na słodko i ruszamy dalej już drogą asfaltową do Las Carbonaras, która okazuje się dla nas zbawienna ze względu na to, iż biegnie niemal cały czas w cieniu. Stamtąd dalej również wzdłuż drogi, rezygnując ze szlaku na rzecz cienia, do osady Taborno, za którą wyrasta strzeliście Turnia Roque de Taborno. Turnię omijamy z prawej strony kierując się na punkt widokowy Era de los Cardos. Jest to idealne miejsce na kolejny biwak ze względu na swoją panoramę wzdłuż wybrzeża, widok na samą turnię oraz fakt, że jest tam sporo płaskiego miejsca, gdzie można rozłożyć karimaty. Myślę, że spokojnie i z dwa/trzy namioty by się tam zmieściły. Należy jedynie przeprosić wypasające się tam kozy, żeby ustąpiły nieco miejsca i przy okazji nie denerwować Pana, które je wypasa i ma ewidentne uczulenie na turystów z dronami, gdyż od razu nas zapytał, czy przypadkiem nie planujemy takiej działalności. Domyślam się, że straszy mu to czworonożny inwentarz.
Noc jest naprawdę ciepła w okolicach 19 stopni, co pozwala na kolejną porcję astro zdjęć po zachodzie Księżyca, ze świetnie widoczną Drogą Mleczną i odznaczającym się na niej Gwiazdozbiorem Skorpiona, niewidocznym w całości w naszych szerokościach geograficznych.
W kolejnym dniu zaplanowaliśmy sprawdzenie wyłączonej z ruchu turystycznego, ze względu na osuwiska, ścieżki o nazwie Palos Hincados, łączącej Taborno z kamienistą plażą Playa de Tamadite. Ścieżka faktycznie ma kilka miejsc, w których została nieco podmyta przez wody opadowe, jednak nie ma tragedii i spokojnie jest do przejścia. Największą uporczywością na niej okazały się dzikie jeżyny powoli wkraczające na nią swymi kolczastymi gałązkami, co w przypadku krótkich rękawów i spodenek mogło się skończyć tylko w jeden sposób. Z Playa de Tamadite wchodzimy na szlak PR-TF 8, na którym również stoją tablice ostrzegawcze o możliwych podmyciach i zakazujące przejścia bezpośrednio po lub w trakcie opadów. Bezproblemowo jednak dostajemy się nim do miasteczka Taganana, położonego u podnóży dwóch charakterystycznych Turni Roque de Animas i Roque en Medio. Tu przeczekujemy największe upały nawadniając się miejscowym piwem do obiadu i zagryzając „frytkami” z małych rybek w jednej z restauracji. Po tej sjeście udajemy się w kierunku miejscowości Almaciga zamkniętą plażą wzdłuż oceanu, która przypomina Dolinę Złomisk ze względu na swój kamienisty charakter. Na jej końcu napotykamy kilkumetrowy I/II próg, który każdy z nas pokonuje w swoim stylu, wspinaczkowo i obejściami „przez piargi” 😉
Po kąpieli w oceanie ruszamy dalej przez osady Benijo i El Draguillo do opuszczonej wioski Las Palmas ignorując kolejne tablice ostrzegające o zamknięciu dalszego szlaku. W drodze do Las Palmas zaważamy, że zaczynają nas mocno atakować kleszcze, skaczące na odsłonięte nogi z niskiej roślinności. Po każdych kilkuset metrach zrzucam z siebie przynajmniej kilka sztuk tych wrednych stworzeń. Jest dla nas sporym zaskoczeniem, bo do tej pory po 4 biwakach, w tym jednym na skraju lasu, nie uświadczyliśmy nawet jednej sztuki tego cholerstwa. Mając nadzieję, że bliżej plaży Playa de Las Brenas sytuacja się poprawi, tam pozycjonujemy nasz ostatni nocleg na dziko. Dosłownie na dziko, gdyż bardzo szybko okazuje się, że to nie koniec ataku kleszczy i tu też nas znajdują, a dodatkowo przez większość nocy mewy urządzają sobie przedziwny koncert odgłosów nad naszymi głowami. To była długa i ciepła noc ze względu na szczelne zamknięcie się w śpiworze, co po części uchroniło mnie przed tymi małymi krwiopijcami.
Przed wschodem Słońca nie mogę odmówić sobie zejścia nad sam ocean dość rozsypującym się i stromym klifem i przyjrzenia się możliwości wejścia na Roque de Tierra wystającej 179 metrów ponad poziom oceanu. Jednak poranne fale nie wróżą możliwości przejścia wąskim przesmykiem skał prowadzących do podnóża tej niezwykłej Turni. Pozostaje mi tylko uwiecznienie jej na kilku kadrach, pomijając oczywiście te nocne, gdzie pięknie prezentowała się pośród gwiazd oraz świateł statków wypływających na ocean.
Ostatni dzień naszego trekkingu po Teneryfie to przejście z okolic Las Palmas do najbardziej wysuniętej na wschód osady dostępnej oficjalnie szlakowo, mianowicie Roque Bermejo. Tam po raz kolejny orzeźwiamy się chłodnymi trunkami i zażywamy kąpieli w oceanie, a niektórzy też wspinaczki w samych kąpielówkach. Na koniec pozostaje nam powrót po raz kolejny w palącym słońcu do miejscowości Chamorga, gdzie w miejscowej restauracji z 5 ekip 3 okazują się polskie w tym nasza w składzie 1 i 1/3 jak to twierdzi Ondrej 😉
Z Chamorgi autokarem (titsą) wracamy na kolejny nocleg, tym razem już w hotelu, do Santa Cruz, a następnie we wczesnych godzinach porannych udajemy się na lotnisko, na którym o mały włos nie zostałem, myląc terminal B23 z B28, by wylecieć do Valencii, gdzie mamy przesiadkę na kolejny lot do Katowic.
Teneryfa pomimo stosunkowo małej powierzchni, 5x mniejsza od województwa świętokrzyskiego oferuje wiele możliwości trekingowych i bardzo zróżnicowanych krajobrazów. Przejście dłuższych odcinków szlakowych wymaga odpowiedniego zapasu wody, której czasem nie sposób znaleźć, a na śnieg nie ma co liczyć w tym upale. Świetnie było poznać przynajmniej część z tych wulkanicznych krajobrazów, nawet pomimo niezbyt komfortowej jak dla mnie pogody. Swoją drogą ciekawe jak wygląda „zimowe” wejście na Pico del Teide i oczywiście nocleg na szczycie, trzeba tu wrócić… 😉
Jeszcze raz dzięki Ondrej za towarzystwo i organizację tego wyjazdu od strony formalnej i myślę, że do następnego!
































































































