Na grupie mamy już opis trasy na Łomnicę przez Cmentarzysko (WHP 3159), ale moje doświadczenie jest inne, dlatego będziemy mieli dwa opisy.
Można je sobie porównać (jak ktoś ma uwagi, zachęcam do dyskusji):
https://www.facebook.com/…/10500…/posts/1230227094143660
Jeszcze raz podkreślam: na tej grupie skupiamy się głównie na trasach turystycznych albo na takich, które mniej lub bardziej obici turyści są w stanie przejść bez sprzętu. Używamy skali WHP i Cywińskiego. W wycenach staramy się zbliżać jak najbardziej do obiektywnego stanu rzeczy – po latach doświadczenia mogę mieć takie ambicje i wierzę, że każdy, kto chce się tu podzielić opisem, również do takiej obiektywności dąży.
Jeśli wyceny będą zbyt „odjechane”, prawdopodobnie taki post nie przejdzie kontroli. Poziom trzeba trzymać – trudności ani nie zaniżać, ani nie zawyżać.
Na drogę wybrałem się sam. Chciałem sobie przypomnieć dawne lata, kiedy chodziłem po Tatrach głównie w ten sposób. Dziś praktykuję to już rzadko, ale tym razem przypomniałem sobie wszystko bardzo dobrze.
OK. Łatwa droga, kilka jedynkowych miejsc? Nie.
To trudna droga – na górnej granicy możliwości osoby, która się nie wspina ani nie jest „superturystą” (czytaj: moich).
Dostęp
Schodzimy do Łomnickiego Stawu. Wokół niego prowadzi szlak – gdy dojdziemy do końca stawu, tego najbardziej oddalonego od magistrali (celowo nie podaję stron świata, bo często tylko mylą), idziemy dalej nieoznakowanym, wykopczykowanym szlakiem. Raz jest on bardziej wyraźny, raz mniej, ale bez kosówki i bez problemów orientacyjnych, w oczywistym kierunku – ku grani Wideł.
Istnieje też inny wariant początkowy – trawers od byłego szlaku na Łomnicką Przełęcz. Sam nim nie szedłem, ale jest widoczny; przypuszczalnie również bez większych problemów.
W ten sposób docieramy do miejsca, gdzie jeszcze 150 lat temu znajdował się Lejkowy Staw (obecnie wyschnięty). Ta część doliny nosi nazwę Lejkowy Kocioł.
Kierujemy się dalej w stronę wyraźnego, stromego progu doliny. Nad nim znajduje się część zwana Cmentarzyskiem. Wchodzimy do niej na lewo od bardzo wyraźnej rysy. Prawdopodobnie możliwych jest kilka wariantów, ale moje doświadczenie było następujące:
z 0+ zrobiła się przyjemna jedynka,
potem jedynka „nie chciałbym tędy wracać”,
następnie „chyba nie dałbym rady wracać”,
a jeszcze wyżej – „wracać niemożliwe, do przodu ryzykowne”.
Trudności były stricte skalne, techniczne – dla wspinaczy zapewne przyjemne miejsca. Wszystko to na dość długim odcinku.
Możliwe, że zgubiłem idealny kierunek i poszedłem zbyt w prawo, bo na końcu musiałem przekraczać potok płynący po gładkich, mokrych płytach. Nie były one strome, ale kilka metrów niżej woda spadała już w przepaść. Cały czas poruszałem się w terenie jedynkowym – i jak już pisałem, nie była to łatwa jedynka. Zauważyłem też przynajmniej pięć stanowisk do zjazdu.
Wyszedłem na prawą stronę Cmentarzyska. Teraz trzeba było wydostać się na długi zachód nad nim. Wbrew temu, co pisał Wojciech Wędzicha, przede mną był najłatwiejszy etap. Do kominka, który Wojtek opisał jako najtrudniejsze miejsce, nie wchodziłem – poszedłem skałami na prawo od niego i uważam, że te miejsca można pokonać w trudnościach 0+, z kilkoma łatwymi miejscami za I. To jedyny z trzech progów, który przeszedłem bez problemów.
Dostałem się na ławkę – było łatwo, przyjemnie i z jasnym kierunkiem. Niedaleko znajdował się wylot żlebu na Przełęcz w Widłach, która z tego miejsca wyglądała na łatwo osiągalną (Adam Krzyżanowski podaje jednak trudności powyżej I, z jednym miejscem za II). Pomyślałem wtedy, że skoro nikt nie pisał o dalszych trudnościach, to „już wygrałem”.
Nieprawda.
Kluczowe miejsca były dopiero przede mną – bardzo wysoko i bardzo blisko szczytu. Jeśli będziecie się tam męczyć, zrobicie turystom z kolejki niezłe show, a w razie wypadku nie zginiecie w spokoju.
Znów 0+ przechodziło w łatwą jedynkę, potem zrobiło się krucho i dotarłem do górnej części Łomnickiego Koryta. Z prawej strony ograniczały je skały Miedzianego Muru (pod nimi żleb), z lewej strome płyty bez dobrych stopni i chwytów. Jeszcze dalej w lewo nie byłem w stanie sprawdzić sytuacji – ekspozycja i brak dostępu praktycznie uniemożliwiały dalszy trawers. Z mojego punktu widzenia wyglądało to tam jeszcze gorzej: podobne płyty, dodatkowo porośnięte trawami. Jeśli gdziekolwiek miałby istnieć prostszy wariant, to właśnie tam – ale wątpię.
Początkowo szedłem żlebem, trzymając się ściany Miedzianego Muru, ale teren robił się coraz bardziej kruchy, a wyżej brakowało dobrych chwytów, więc musiałem wyjść w płyty. I to było coś. Stopnie na centymetry, często stawianie nóg na tarcie, dość ryzykowne ruchy i miejsca, o których myślałem, że jeśli pójdę w górę, nie będzie szans wrócić tą samą drogą. A jednak kilka razy musiałem się wycofywać. Lawirowałem w lewo i w prawo, czasem wracałem do żlebu – wszystko w ekspozycji. Trudna, nieprzyjemna jedynka, długi ciąg trudności.
Na szczęście udało mi się przejść stromą część koryta. Całość odbywała się przy realnym ryzyku burzowym (mój błąd – zaspałem rano, a sama droga zajęła mi przez trudności więcej czasu, niż planowałem). Na szczęście nie zaczęło padać.
Powyżej stromego odcinka teren był już 0+ aż do barierki na szczycie. Czy kiedykolwiek przeszedłem coś bardziej technicznego i jednocześnie bardziej eksponowanego? Krótkie fragmenty – tak. Ale nigdy wcześniej nie byłem tak długo w takich trudnościach (nie licząc Jordanki, gdzie byłem asekurowany).
Tym razem nie udało mi się kupić biletu na kolejkę do Łomnickiego Stawu (słyszałem, że jeśli są miejsca, kosztuje teraz 25 euro). Burza nadal wisiała nade mną, więc na szczycie spędziłem łącznie dwie minuty i bardzo szybko zbiegłem na Łomnicką Przełęcz. Stamtąd krzesełkowy wyciąg w dół jest zawsze darmowy.
Notatka: Łomnickie Koryto jest nieprzyjemne również dlatego, że znajduje się pod wylotem kanału ściekowego z budynku na szczycie. Można tam znaleźć różne śmieci, ale informacje w WHP o ogromnej hałdzie, przez którą przejście byłoby niebezpieczne, na szczęście nie są już aktualne.












