Album z ciekawszymi kadrami z mojej ostatniej 6 dniowej Tatrzańskiej wycieczki.
Zaczęło się we wtorek 28.02 Tatrzańskiej Jaworzynie, gdzie dojechałem około 5:30, po niecałych 3 godzinach trasy z Kielc. Tym razem postanowiłem zaparkować przy tutejszym kościele, żeby nigdzie nie utknąć w śniegu jak ostatnio. W tygodniu cały parking wolny, a ja przecież wrócę przed niedzielą…;)
Po szybkim śniadaniu i ruszam znakowaną ścieżką w stronę Doliny Jaworowej, by w odpowiednim momencie, przed Murowaną Skałą, odbić w prawo w lasu, a następnie po wyjściu z niego i trawersie żlebu, ruszyć w kierunku ścieżki trawersującej w kierunku Babosi (zawsze nazywam je Bobasami ;)). W żlebie wyraźne ślady działalności skiturowców, a jeden z nich miał również podobne plany na przejście, gdyż przetarł ślad w kierunku Suchej Przełęczy Jaworowej, a także wyżej w kierunku Murowanego Koszara, jak się okaże później. Oprócz skiturowca tym szlakiem podążał także inny czteroślad, wielkość łap, ich kształt oraz brak wysuniętych pazurów mogłyby wskazywać na rysia, ale nie jestem ekspertem w tej dziedzinie. Mozolnie pnę się do góry, co jakiś czas skracając sobie ślad zakosów narciarza i przy okazji rozkoszując się przepiękną panoramą Tatr Bielskich z tego podejścia. W lesie kopnego śniegu nie ma zbyt wiele choć zdarzają się odcinki po kolano, a także pojedyncze zapadanie się powyżej kolan, jednak to dopiero przedsmak tego co mnie czeka po opuszczeniu granicy lasu.
Wychodząc poza nią dalej trzymam się dalej narciarskiego śladu, który ucieka kosówkowym zboczem na południowy wschód i tu zaczyna się prawdziwa walka o każdy krok. Co chwila ląduję w śniegu po tyłek, a czasem i pępek gdy nie uda się trafić w gałęzie kosówki pod śniegiem. Gdyby to był puch, można by było spróbować iść jak przysłowiowy pług śnieżny, jednak wierzchnia warstwa jest zmrożona i nie sposób się przebić bez podnoszenia nóg powyżej kolan, jednak nie na tyle zmrożona by utrzymać 115 kg na powierzchni. Od około 1570 do1720 m dostaję prawdziwy wycisk w tym kosówkowym świecie, walcząc o każde 30 cm podejścia. Kilkukrotnie też zaliczam glebę lądując na plecach z zakleszczoną nogą w kosówce i nie pozostaje nic innego jak odpiąć plecak i próbować wstać niczym żuczek wywrócony na plecy 
Na około 1720 m ślad narciarza odbija w dół, na wschód, w kierunku Doliny Jaworowej, ja muszę odbić trawersując mocno na zachód w kierunku Murowanego Koszara. Trawers ten w świeżym puchu w kolano, bez zapadania się, to czysta przyjemność w porównaniu do tego co było wcześniej. Jednak radość nie trwa długo, gdyż po trawersie znowu zaczyna się mozolne zdobywanie metrów z ponownym brodzeniem w pas i wyszukiwaniem gałązek kosówki pod śniegiem, które zapewnią punkt odbicia dla kolejnego kroku. Śnieg robi się coraz bardziej mokry, a wraz z nim wszystko co mam na sobie. Na Murowany Koszar udaje się dojść dopiero około 15:30, na grani równie grząsko i mokro, w butach powódź i 2 godziny do zachodu Słońca. Zmiana planów, widok na wschód i południe stąd równie piękny co z Szerokiej Jaworzyńskiej, a nawet lepszy jeżeli chodzi o Jaworową Grań. Postanawiam tu rozbić swój pierwszy biwak z jednoczesną próbą reanimacji mokrych rzeczy. Zmęczenie podejściem i zarwana nocka w trasie szybko mnie usypiają. Na szczęście udaje się obudzić na kilka nocnych zdjęć po zachodzi Księżyca.
01.03 Poranek to dalsza część suszenia przede wszystkim butów i beztroskie leniuchowanie w Słońcu. Przed południem mam nawet gości w postaci rodzinki kozic przechodzących przez grań klika metrów ode mnie i gdyby nie dźwięk migawki, zapewne pozostałbym niezauważony.
Plan na drugi dzień nie jest zbyt ambitny jeżeli chodzi o odległość, gdyż chcę dostać się jedynie na Szeroką Jaworzyńską. Ruszam więc dopiero około 13 i spokojnym fotograficznym tempem docieram na nią po niecałych 3 godzinach podejścia. Dopiero od Świstowej Góry warunki się nieco poprawiają, wcześniej dalej brodzenie po kolana w pobliżu grani. W okolicy Świstowego Kopiniaka spotykam kozicę wylegującą się, na nie wiedzieć czemu największym nawisie śnieżnym w okolicy. Zastanawiam się czy wśród kozic też są jednostki aspołeczne i ryzykanckie, czy wszystkie mają tak nierówno pod czaszką?
Jak sądzicie?
Śnieg na północnych wystawach nadal cukrowaty, w przeciwieństwie do tego na południowych, który samoistnie zaczyna zsuwać się pod własnym ciężarem topiony Słońcem.
Na Szerokiej jestem w okolicach 16, mam więc czas na wykopanie sobie łóżka i skorzystanie z ostatnich promieni Słońca na kolejne suszenie. Widoki oczywiście wywołują opad szczęki i tylko ten Księżyc nie pomaga zbytnio w fotografowaniu rozgwieżdżonego nieba, ale w tym dniu zachodzi on w okolicach 4 rano więc będzie chwila na kilka kadrów przed świtem astronomicznym. Przed snem udaje się sfotografować po raz kolejny koniunkcję Wenus z Jowiszem, oraz zaszczepić identyfikację gwiazdozbiorów koleżankę z grupy Monika Daria, która rozrysowuje nieco upośledzonego Lwa oraz dużo lepszego Zająca
Oglądam również akcję ratunkową początkowo mylnie zidentyfikowanego Słowackiego śmigłowca w Dolinie Ciężkiej, który przybył na pomoc skiturowcowi z Polski.
Noc bezwietrzna i względnie ciepła w okolicach -7/-8 tak jak poprzednia.
02.03 Poranek początkowo zapowiadał się dość pastelowo jeżeli chodzi o impresje wschodzącego Słońca, jednak obłoki w oddali zrobiły dość ciekawe tło dla ośnieżonych grani. Najbardziej pozytywnie wypadła Błękitna godzina, w której udało się złapać nieco rozgwieżdżonego nieba, a także Złota godzina, która Świetnie rozświetlała szczególnie Grań Kończystej oraz Masyw Gerlacha na tle surowych ośnieżonych grani Kaczego Muru. Po wschodzie szybkie pakowanie i próba oceny zejście w kierunku Szerokiej Przełęczy, po to aby jak najszybciej zejść w okolice Taboriska i spotkać się z forumową Drużyną Młynarza. Niestety jakość śniegu nie napawa optymizmem i nie decyduję się na solowe odśnieżanie grani. Wybieram trawers po stronie północnej w kierunku Małej Szerokiej Przełęczy. W trakcie trawersu przechodzę przez dwa tory większych zsuwów i generalnie nie jestem do końca zadowolony z decyzji jaką podjąłem. Na szczęście udaje się przejść bez większych problemów, brodząc jedynie czasem po uda w luźnym śniegu. Następnie kieruję się w stronę Spismichałewej Czuby w dość kopnym śniegu, by odbić granią w stronę Zamków. Tu na grani znowu spotykam kosówkowe pułapki i momentami muszę na nowo zgłębiać sztukę wychodzenia z nich. Nie chcąc zbytnio oddalać się na północ w okolicy Niżnych Zamków decyduję się na zejście w stylu „jak puszcza” po dość stromym i początkowo mocno zmrożonym zboczu, na którym widać ślady zsuwów z poprzednich dni. Później obieram azymut na żleb znajdujący się pomiędzy Litworowym Potokiem, a ścieżką prowadzącą do Spismichałowej Doliny. Schodzę nim przez dwa niezbyt wysokie progi i trafiam na ową ścieżkę. Początkowo cieszę się, że w końcu trafiłem na jakieś ślady na śniegu, jednak gdy okazuje się, że są to niedźwiedzie łapy mina nieco mi rzednie 
Prowadzony tym tropem udaję się w kierunku szlaku biegnącego dnem Doliny Białej Wody. Po zejściu na szlak dostaję sms-a od Drużyny Młynarza, że są na szczycie. Ja natomiast zaczynam dopiero podejście w kierunku Taboriska i dalej Progu Doliny Ciężkiej. Nieco poniżej Ciężkiego Lodospadu spotykamy się i po wymianie spostrzeżeń i wzniesieniu symbolicznego toastu udajemy w różnych kierunkach. Jedni na dół, „inni” w stronę Progu by ostatecznie zakończyć dzień na Niżnej Młynarzowej Kopie.
03.03 To znowu nocna walka o suchość w butach, która nie do końca się udaje jednak po raz kolejny tyłek ratują nieprzemakalne skarpety i fakt, że podejście w stronę Wielkiego Młynarza to tylko jakieś 450 m przewyższenia, więc pomimo porannego mrozu czas podejścia będzie na tyle krótki, żeby nie pozwolić mu dobrać się do moich palców
Ustalam czas wyjścia na 8 rano i z 5 minutowym opóźnieniem ruszam dobrze zmrożonym śniegiem w kierunku Młynarzowej Baby. W zasadzie nie ma różnicy czy korzystam z pozostawionego śladu przez zdobywców z wczorajszego dnia, czy idą obok, śnieg nie zapada się na więcej niż kilka centymetrów. Pozwala to w dość sprawny sposób po około 1 h 40 min osiągnąć wierzchołek, na którym spędzie ładnych kilka godzin ponownie wylegując się w Słońcu, susząc całość ekwipunku i topiąc śnieg żeby mieć zapas płynów na kolejne dni na grani. W trakcie wylegiwania się obserwuję kolejne zespoły wchodzące na Ganek, Wysoką oraz najliczniej na Rysy. Rozglądam się również za kolejnym miejscem do snu gdyż nie chcę tej nocy spać na Wielkim Młynarzu, a gdzieś w jego pobliżu. Tak by móc uchwycić jego wierzchołek podczas błękitnej godziny gdyż na nic więcej nie można liczyć ze względy na Księżyc, który dużymi krokami zbliża się do pełni i rozświetla niebo już przez niemalże całą noc. Początkowo wzrok kieruję w stronę Basztowego Zwornika i tam po spakowaniu rzeczy ruszam w okolicach 16 godziny. Jednak po dostaniu się na Młynarzową Czubkę, czyli niewielki wzniesienie nad Basztowym Zwornikiem, w oczy rzuca mi się dogodne miejsce do rozbicia kolejnego biwaku. Widok w stronę Wielkiego Młynarza bardzo dobry, a do tego z Młynarzowej Szczerbiny z tej perspektywy widać moje łóżko sprzed 2 dni na Szerokiej Jaworzyńskiej i to ostatecznie decyduje, że zostaję tu na czwarty z kolei biwak.
04.03 Pobudka po kolejnej ciepłej nocy w okolicach -6, standardowe fotografowanie impresji wschodzącego Słońca, śniadanie w postaci kubka ciepłych płynów tym razem kawy i dwóch batonów to tego. Na tyle pozwala prowiant, a będzie to jeden z dwóch posiłków, które w ostatnich dwóch dniach podtrzymują funkcje życiowe graniowicza.
Rozglądnięcie się dookoła i w głowie już rodzi się plan na przejście w kierunku Widłowych Turni i Widłowego Żlebu. Technicznie będzie to najtrudniejsza część tej wycieczki dlatego też główny plecak zostaje w miejscu biwaku przypięty do skał. Ja natomiast ruszam oszpejony wraz z plecakiem pomocniczym w stylu „fast and light” do którego wrzucam jedynie najpotrzebniejsze rzeczy, po pierwsze śpiwór 
Znam tą drogę już z jesiennego wyjścia na Żabi Wyżni Szczyt przez Spadową Dolinkę z Młynarza właśnie i pamiętam, że ostatni odcinek przed Wyżnią Widłową Turnią na pewno nie jest za darmo i są tam ruchy w okolicach II. Może i nie dużo, ale zimą z cukrowatym śniegiem na północnych wystawach, a taką ma kluczowe miejsce i w piątym dniu na grani będzie czujnie. Wszystko więc po dojściu w ten rejon robię z asekuracją i choć jest ona czasem mocno kulawa, to jednak daje duży komfort psychiczny. Po wejściu na Wyżnią Widłową Turnię i ocenie, że łóżko śniegowe na Pośredniej Widłowej Turni jest jak najbardziej realne, postanawiam nie kusić dalej losu i wracam w kierunku Młynarzowej Czubki by skierować się tym razem ściśle granią na Wielkiego Młynarza. Po rozpoczęciu podejścia grania dostrzegam 3 osoby idące w kierunku wierzchołka. Okazuje się, że jest to kolejna osoba z forum mianowicie Grzesiek S. wspólnie ze znajomymi. Dowiaduję się od nich również, że zapowiedziani biwakowicze i moje ewentualne zaopatrzenie kaloryczne też zmierza w kierunku wierzchołka. Rozbijam więc kolejny 5 już z kolei biwak na platformie zbudowanej jesienią wokół słupka granicznego. Wieczór to zjawiskowy spektakl morza chmur i dość mocno spadającej temperatury z lekkimi podmuchami wiatru. Niestety po zachodzie Słońca chmury podnoszą się na tyle, że przykrywają nas i zabierają wszelkie widoki. Wkrótce też rozpoczyna się opad śniegu, który potrwa niemal nieprzerwanie do rana. Jednak nie narzekam gdyż 5 dni tak dobrej pogody w zimie rzadko się zdarza i udało się je w pełni wykorzystać.
05.03 Po odkopaniu się ze śniegu, zostaje spakowanie się i ruszenie w dół. Kilka suszonych moreli i ostatni batonik na śniadanie, będą musiały wystarczyć do Łysej Polany. Z wyboru gdyż Współtowarzysze częstują przyniesionymi smakołykami jednak chcę sprawdzić czy przetrwam na własnym prowiancie. Najważniejsze to płyny, bez których szybko dopada zmęczenie. Ruszamy już w trójkę w kierunku Żlebu Ascety i choć świeżego śniegu jest w niektórych miejscach maksymalnie 20-25 cm to schowane pod nim, wybite stopnie, a czasem dość głęboki, mogę narobić trochę kłopotów przy zejściu w przypadku nietrafieniu w nie stopą. Początkowo schodzę frontalnie, jednak zaczynają łapać mnie lekkie skurcze w udach, objawiające się drżeniem nóg, decyduję się więc większość odcinka do szyjki Żlebu Ascety zejść twarzą do zbocza. Dopiero od tego momentu, po już dobrym rozgrzaniu, nabieram większej pewności siebie i wracam do pozycji frontalnej. Śnieg na bardziej stromych odcinkach zaczyna lekko wyjeżdżać. Idąc przed sobą ma się przewodnika w postaci strużki zjeżdżającego śniegu, jednak jest go na tyle mało, że raczej nie ma większego zagrożenia lawinowego. Po minięciu Młynarzowej Baby kończą się w zasadzie trudności tego wariantu i pozostaje „zbieganie” w dół. Po dojściu na Taborisko, gotujemy jeszcze herbatę, pakujemy na nowo plecaki, w których ponownie trzeba zmieścić raki, stuptuty, puchówki i inne zbędne już rzeczy i udeptanym szlakiem udajemy się w kierunku Łysej Polany. Oczywiście nie może zabraknąć pamiątkowych zdjęć przy wiatce na Polanie Biała woda z widokiem na Masyw Młynarza.
Po zejściu na parking korzystam tym razem z opcji podwiezienia mnie do Jaworzyny i tak zamykam ten 6 dniowy krąg.
Dziękuję Wioletta Daczkowska i Wiktor Joniec za towarzystwo w ostatnim biwaku, za podwózkę i użyczenie odrobiny elektryczności na grani 
Standardowo ile wejść tyle zejść i do zobaczenia na grani 
















































