Ostatnie kilka tygodni przyniosły wiosenne pozytywne zmiany zawodowe, ale wkrótce po nich, zupełnie jak w pogodzie, przyszło znaczne ochłodzenie. W Tatrach spadł śnieg, a wraz z nim wiadomości, które zasiały mocny niepokój. W głowie narodził się szczeniacki bunt, a w połączeniu z duszą graniowego samotnika również potrzeba solowego wyjścia.
Łysa Polana, a raczej „prywatny nielegalny parking” przed nią, leje. Długo zbieram się do wyjścia. Dopiero o 10 jestem za szlabanem, do którego w sumie chyba powinienem mieć już zapasowy klucz, skoro w leśniczówce wakat. Na szlaku wszystko kipi od wody i topniejącej breji, co jakiś czas spadającej z drzew za kołnierz. W goretexie sauna pomimo otwarcia wywietrzników. To będzie mokre wyjście.
Do wiatki przy Polanie pod Aniołami oszukuję się, że przecież mam spokojniejszy plan awaryjny, gdyby warunki były kiepskie, a są beznadziejne. Mimo to zatrzymuję się przy niej na śniadanie. Już wiem, że nie będzie ono standardowo na Polanie pod Wysoką, do której mam po drodze z planem awaryjnym. Przed mostkiem na Rówienkowym Potoku uzbrojony w stuptuty odbijam w stronę wielkiej niewiadomej. Przekroczenie wezbranej Białej Wody z powodu ostatnich opadów nie należy do najłatwiejszych. Podejście w stronę progów Młynarczykowego Żlebu już nieco lepsze choć dalej mokro. Przy wejściu do jego wąskiej gardzieli prysznic z przewieszonych ścian Młynarzowej Turni.
Próg wygląda ohydnie, płynie nim woda i zsuwa się mokra śnieżna ciapa. Może zostać tu? Z widokiem na Turnię nad Kolebą w niecce pod przewieszkami, gdzie jest w miarę sucho. Ostatni głos rozsądku przy zakładaniu raków.
Byle do pierwszych haków, dalej będzie łatwiej. Podchodzę nieco na prawo od ich linii w górę żlebu, co daje złudne kilka metrów mniej do ewentualnego upadku. Pierwsze trzy kroki w górę na połogiej ściance i już wiem, że to będzie igranie z połamaniem się i tylko ten śnieg na dole daje nadzieję, że będzie miękkie lądowanie. Zero asekuracji zanim dotrę do haków, wszystko obłe i zaprane mokrą śnieżną breją, a stopnie i chwyty to naprawdę marne krawądki. Nawet dziabami ciężko znaleźć punkt zahaczenia. Niemal każdy krok to oparcie nogi tylko na jednym zębie raka. Jestem jakieś 4-5 metrów nad śniegiem w żlebie, a mam wrażenie jakbym miał przepaść pod nogami. Kurczowo szukam zmiany pozycji, gdyż stanie w takim układzie nie należy do przyjemności. Z trudem udaje się wgramolić na niewielką półeczkę, z której widzę pierwszy hak. Z tym że jedyna opcja na dostanie się do niego, to opuszczenie się 2 metry w dół i trawers bez sensownych chwytów na ręce. Stąd w linii prostej jakieś 10-12 (?) m do przyziemienia. Nie ma opcji na taki ruch. Szukam miejsca gdzie mógłbym założyć jakiś punkt asekuracyjny, ale nie ma zupełnie nic, chociażby szczeliny na własny hak. Wpadam na szalony pomysł przeciągnięcia 10 metrowego repa przez ten odległy nieszczęsny hak przy pomocy kijka, który jakimś cudem udaje mi się wyszarpać spod raincovera plecaka, nie ściągając go z pleców. To również nie byłoby łatwe ze względu na brak miejsca na tej wąziutkiej półeczce. Z kijkiem nadal brakuje mi jakiś 1,5 metra. Haczę prawą ręką dziabę o występek skalny, który działa tylko w poziomie i niemal przytulając się do skały, wyciągam się w stronę haka. Mimo że jest wbity uchem prawie w poziomie, to prawie jednak ma znaczenie i pierwsze 3 próby nie dają rezultatu. Dopiero po dopracowaniu techniki zahaczenie repa na talerzyku kijka, udaje się wcelować w ucho i przeciągnąć koniec do siebie. Mam to! Dociągam się na rapie, a następnie podchodzę do następnego oddalonego jakiś 5-6 metrów wyżej haka. Dalej teren się trochę kładzie i pozostaje już nieco łatwiejszy trawers po zaśnieżonych trawach i na końcu kominek. Trawy są tak nasiąknięte wodą, iż nie ma im co ufać. Jak nie wychodzą całym kępami, to dają jedynie złudne wrażenie trzymania, ale wystarczające żeby posuwać się kolejne 30 metrów w górę na kosówką grzędę. Na której wita mnie kozica wraz z małym koźlątkiem.
Stąd trochę bardzo mokrej kosówkowej botaniki i dostaję się na grań w kierunku Młynarczyka. Na Młynarczykowej Szczerbinie jestem 4 raz i choć pokusa wejścia po raz 4 na Młynarczyka jest dość silna, to jednak idę z nim na układ. Jeżeli wpuści mnie na Nawiesistę Turnie, to nie będę mu głowy zawracał tym razem 😉
Podejście na Nawiesistą Turnię również przerodziło się w mixtowe wspinanie z nieco kombinowaną asekuracją skalno-botaniczną. Trudności miejscowe myślę że w granicach III/IV, gdyż tak jak i na progu Młynarczykowego Żlebu nie było opcji skorzystać z wejścia na tarcie i wybrałem wspinaczkę bardziej środkiem północnej ściany, a nie trawers jak ostatnim razem gdy byliśmy tu w większej ekipie. Od Młynarczykowej Szczerbiny w górę śnieg był już nieco lepiej związany i mniej mokry, ale niestety nie nośny i dodatkowo pojawiły się miejscowe oblodzenia. Jedyny plus to może i czasem mocno złudna, ale jednak ta asekuracja jakaś była. Czasem ze świerka nieco grubszego od kciuka, ale jednak lepsze to niż połogi w Młynarczykowym Żlebie bez niej 👀
Jeden moment z tej ściany szczególnie utkwił mi w pamięci. Z poziomej rampy idącej w prawo skos, na której można trafić na stary hak, odbijam niemal o 180 stopni w lewo skos i przez kolejny wypychający zachodzik dostaję się pod pionowe spiętrzenie. Pionową ścianką jakieś 6-8 m w górę z półką po drodze na kolejny zachodzik w prawo skos, z tym że miejsca na nim na nogi bardzo skromnie, a „chwyty” to tylko centymetrowe pionowe występki, które pozwalają jedynie utrzymać równowagę, a nie dają żadnej gwarancji na utrzymanie w przypadku wyjechania nóg. Na końcu tego kluczowego miejsca, okazuje się, że jedna dziaba zapięta jako dodatkowe auto, sklinowała się tak dobrze, że nie mogę jej wyciągnąć. Brakuje mi może z pół metra żeby móc ją odhaczyć. Muszę się cofnąć. Tylko jak puścić prawą rękę? Skoro trzyma prawie na pełnym wysięgu za krawądkę dzięki której utrzymuje równowagę i ogólnie siebie na tej wąskiej półce. Jestem dosłownie ukrzyżowany twarzą do ściany między dziabą, a tą krawądką. Pozycja na tyle niewygodna, że długo w niej nie utrzymam. Odkręcić karabińczyka od lonży nie dam rady, może ją odciąć i zostawić dziabę w ścianie? Nóż w plecaku na pasie biodrowym, nie ma szans. Powoli próbuję odpuścić lewą rękę z zaklinowanej dziaby , przyciągając biodra do ściany i sięgnąć po drugą, którą mam zawieszoną na ramieniu. Udaje się, wkładam ostrze w otwór w rączce tej zaklinowanej i energicznie podbijam ją do góry. Wypada! Przy okazji uderzając mnie w lewy piszczel. Na szczęście bez odruchu bezwarunkowego. Dociągam się na koniec zachodziku i znajduję szczelinę na wbicie haka, który da chwilę wytchnienia po tych emocjach. Pozwoli też na asekurację i przewinięcie się za wypychającą wantę na końcu półki, za którą droga na wierzchołek stanie już przede mną otworem. Dopiero teraz doczytałem, że mój „czuj ścianowy” w tych ciężkich warunkach wprowadził mnie na drogę z Młynarczykowej Szczerbiny na Nawiesistą Turnię nr 69 wariant B za III opisaną przez W. Cywińskiego w 6 tomie jego przewodników(Pierwsze przejście wariantu B: Ruth Hale, Witold Orłowski i Witold H.Paryski 1.9.1936). Przewodnik podaje, że powinno to zająć jakieś 30 min, mi w tych warunkach zajęło to ponad 2 h, a to tylko jakieś 70 m przewyższenia 👀
Na szczycie jestem około 19:30 i dość szybko znajduję miejsce na legowisko z wantą do asekuracji, tylko długość zbyt mała. Dobrze, że temperatura zaczyna spadać poniżej 0, więc z kilku kamieni i śniegu dobudowuję część od kolan w dół. Spanie w uprzęży z zapiętym auto + dodatkowe na pajączku z pętli przełożonym dookoła klatki. Po rozbiciu biwaku i zjedzeniu kolacji usypiam jak niemowlę, to niby tylko 1830 m n.p.m., lecz dało w kość niesamowicie. W nocy udaje złapać się trochę przejaśnień, ale generalnie to nieustający spektakl chmur, które rozwieje dopiero poranne Słońce wschodzące nad granią Jaworowych Wierchów.
W niedzielę po spakowaniu się około 8 zaczynam zejście, a w zasadzie zjazdy, 3 z samej Nawiesistej Turni na Młynarczykową Szczerbinę (lina 50 m), później kolejny jeszcze przed progiem Młynarczykowego Żlebu i 3 kolejne z samego progu, przy którym miałem lekkie wątpliwości czy na pewno starczy mi liny i nie trzeba będzie skorzystać z escapera. Okazało się, że długość była w sam raz. Po spakowaniu przemoczonego sprzętu i liny na ostatnią część zejścia do szlaku mam wrażenie, że plecak ważył dużo więcej niż jak zaczynałem wędrówkę na Łysej Polanie. Niestety obraz wytopionej ze śniegu końcówki zejścia uśpił trochę moją czujność i po ściągnięciu raków zaliczam na mokrych trawach dwie dość spektakularne gleby. Podczas których wykonuję taką akrobatykę, żeby wybronić się przed i tak nieuniknionym upadkiem, iż będę musiał odchorować w dolinach i nie obejdzie się bez prochów przeciwbólowych i przeciwzapalnych. Pewnie nie bez znaczenia pozostało też jedno hamowanie czekanem na wyciągniętej ręce jeszcze powyżej progu Młynarczykowego Żlebu, po tym jak spod butów wyjechała mi spora kępa traw. Na szczęście szczypce RAKA nie puściły i wybroniłem się z tej sytuacji.
Głowę przewietrzyłem porządnie tym wyjściem i dało to trochę zapomnienia, ale potrzeba na pewno więcej także oby do następnego razu na grani.












































