Ostanie kilka miesięcy to dość trudny mentalnie okres dla mnie. Było ryzyko, że będę musiał się pożegnać nie tylko z mocniejszą działalnością górską, ale też z inną aktywnością fizyczną. Ryzyko nadal jakieś jest, ale na szczęście kolejne diagnozy są już lepsze i przyszedł czas na wyjście z letargu kotłujących się myśli.
Jako że prognozy świąteczne były jak na Tatry mocno zachęcające, to zdecydowałem się na trawers wszystkich Dolin górnego piętra Doliny Białej Wody. Doliny, która jest moim tatrzańskim domem, więc gdzie jak nie tam miałbym spędzić święta?
Spacer przewidywał kilka graniowo-szczytowych biwaków w warunkach zimowych, oraz częściowo nowy, nieznany mi teren. W związku z tym mój plecak, potocznie nazywany na grupie „kredensem”, ledwo się domknął i przybrał ostatecznie wagę około 36,5 kg.
Nie chcąc jednak rozpoczynać wędrówki od pokonywania asfaltowej części między Tatrzańską Jaworzyną, gdzie zostawiłem auto na darmowym parkingu, a Łysą Polaną, postanowiłem, że na pierwsze żebro ograniczające Białą Wodę od wschodu, wejdę od Doliny Jaworowej. A żeby nie było to tylko mozolne człapanie z ciężkim plecakiem po znanych mi już ostępach, wykorzystałem okazję do sprawdzenia, czy z Zadniego Zielonego Przechodu istnieje łatwy trawers Zielonej Grani, który pozwoli dostać się na Grań Jaworowych Wierchów.
Z Jaworzyny ruszyłem po 6 rano i kilkanaście minut przed 7 mijałem szlaban informujący, że jednak powinienem zawrócić z powodu zimowego zamknięcia szlaków.
Może chcą jednak dla mnie dobrze?
Sprawdzę to!
Płaskie odcinki szlakowe pokonywałem sprawnie, choć co jakieś 20-30 min trzeba było dać odpocząć zwłaszcza plecom od niesionego brzemienia. Przed odbiciem do Zielonej Jaworowej Doliny spotykam młody zespół schodzący z górnego pietra Jaworowej, który był na rekonesansie lodów. Zamieniamy kilka zdań i jak się później okaże, będą ostatnimi ludźmi, których spotkam podczas tego spaceru aż do środy.
Wejście na próg Zielonej Jaworowej początkowo na leśnym odcinku praktycznie bez śniegu, ale zdobywanie kolejnych metrów przewyższenia uświadamia mnie, że ten dzień z tym ciężarem „nie będzie za darmo”. Nogi zaczynają dostawać zacny wpierdziel, lecz staram się nie zwiększać ilości odpoczynków.
Wejście na Zadni Zielony Przechód po zejściu z lekko przedeptanej ścieżki już w dziewiczym śniegu. Momentami beton, momentami cukier i tak będzie przez większość dni podczas tego wyjścia. Końcowy odcinek lekko „spionowany” i tam chyba najbardziej zapalają mi się uda i łydki, ale technicznie praktycznie bez żadnych trudności. Po przewinięciu się przez Przełęcz opuszczam się kilka metrów i zaczynam trawersować po stronie Żabiej Jaworowej, mając w pamięci przejście tą granią z mocno kruchą skałą i znacznymi trudnościami wspinaczkowymi na samym starcie. Trawers w trochę rozmakającym śniegu, gdyż łapię się na kilkadziesiąt minut słońca, zanim schowa się zupełnie za Jaworową Granią. Po kilkudziesięciu metrach odbijam w prawo do parchatego żlebiku w kierunku grani. Trudności 0++/I z racji oblodzeń i niepewnego śniegu. Żlebek wyprowadził mnie już za najtrudniejszy odcinek grani od Zadniego Zielonego Przechodu i na dalszej części pozostał tylko jeden może 2-3 metrowy uskok, gdzie trzeba było nieco poszukać miejsca dla nóg na czuja, będąc odwrócony twarzą do ściany. Kolejne trudności to już tylko walka ze zmęczeniem i kalkulacja czy zdążę dojść na grań przed zachodem Słońca. Udaje się i choć chciałem zakończyć ten dzień w okolicach Zadniego Goryczkowego Kopiniaka. Te 1200-1300 m przewyższenia z kredensem odcięło zupełnie chęci dalszej wędrówki. Szybko rozłożyłem łóżko w głębokim śniegu na Zielonym Wierchu Jaworowym i stwierdziłem, że może to i lepiej, że zostanę w tym miejscu na noc, gdyż nie zniknie mi z horyzontu widok na Szeroką Jaworzyńską. Noc minęła spokojnie, a poranek przywitał się niezwykle pięknymi fajerwerkami na niebie.
Kolejny dzień to podejście w kierunku Żabiego Wierchu Jaworowego i zejście trawersując Krzywy Goryczkowy Żleb do Zadniego Goryczkowego Żlebu, by ostatecznie zejść na Skrajne Rówienki. Tam robię przerwę na ugotowanie herbaty prosto z Rówienkowego Potoku i lekkie posilenie się. Jak się okaże później za lekkie, gdyż czeka mnie mocna walka na podejściu Zboczami Świstowej Grani w okolice Świstowego Rogu. Znałem ten wariant z letniego przejścia i wyceniłem go w granicach 0++/I, ale w tych warunkach jakie tam zastałem, była to momentami dosłownie „walka o życie”.
Początkowe podejście pod żleb przekształcający się wyżej w stromą rynnę/kominek i trawers do zboczy ograniczających go z prawej strony bez trudności. Samo podejście na grzędę strome, ale we w miarę dobrym śniegu i z możliwością dziabania w zmrożonych trawkach. Od Grzędy śnieg już nieco gorszy, momentami zmrożona wierzchnia warstwa na beton, pod spodem cukier. W większości to jednak sypki cukier w okolice kolan, a czasem głębiej. Szczególnie miejsca z prożkami momentami dawały brodzenie niemal po pas. O ile w letnich warunkach były miejsca gdzie dało się odpocząć, tak w tej konfiguracji ciężko było znaleźć takowe. A odgrzebywanie trawek żeby pokonać kolejny stromy prożek dodatkowo absorbowało energię i czas. Powyżej połowy tej ściany znajduje się niewysoki płytowy uskok, który w letniej wersji wymagał dosłownie jednego podciągnięcia się na czekanie, ale w obecnej wersji stanowił już poważniejszy problem. Nie dość że na dole mocno podsypany śniegiem, to miejscami oblodzony i przysypany warstwą puchu, która nie pozwalała zbytnio wyszukać stopni. Przymierzyłem się do niego z lewej strony i po krótkim trawersie z zacięcia w kierunku stromych zalodzonych płyt znalazłem się w nieco patowej sytuacji, zawieszony na dwóch dziabach z niestabilnością pod nogami. Opcja powrotu co prawda była, ale w kontekście dalszego podejścia nie dawała żadnych lepszych perspektyw. Po odśnieżeniu skałek powyżej linii wbitych dziab znalazłem miejsce na hak. Jednak nie siadł on pancernie, bo wszedł może maksymalnie 2-2,5 cm co dawało spore ramię dla momentu gnącego na ucho w razie odpadnięcia, ale nic lepszego w tej sytuacji nie dało się wykombinować. Po prostu trzeba nie odpadać! Z taką myślą ruszyłem w prawo skos na zalodzone płyty, dając sobie maksymalnie 5 m „wolności” na statycznym 6 mm repie. Trawers niemalże na samych łapach i dziabach z kurczowym drapaniem nogami szukając krawądek do oparcia raków. Udało się, choć nie powiem, bo getra falowała konkret, pomimo tego że była już zamarznięta. Idealnie z końcem repa trafiam na występek skalny, na którym była możliwość założenia taśmy, a obok dodatkowo siadł kolejny hak. Początkowo spróbowałem zdjąć plecak i podwiesić go pod stanowisko, żeby wrócić po pierwszy hak, ale uświadomiłem sobie, że to nadal grubo ponad 30 kg i po zluzowaniu jednej szelki i utracie równowagi , szybko założyłem ją ponownie. Po hak wróciłem na ciężko i znowu musiałem pokonać cruxa w dół i w górę. Powyżej stanowiska nad tym płytowym progiem śnieg był już nieco lepszy, niestety tylko przez kilkanaście metrów. Dalej znowu cukier i nie wiem czy nie przesadzam, ale momentami 70+ stopniowe, trawkowe progi z odśnieżaniem i brodzeniem po jajka i jeszcze bardziej falującą getrą. Niektóre szpagatowe ustawienia w ścianie tak nadwyrężyły zziębnięty i nie do końca nawodniony organizm, iż w końcowej fazie zaczęły mnie łapać już skurcze, co było dla mnie zupełną nowością podczas wspinaczki. Przemoczony, przemarznięty, dziękując Tatrom, że żyję, osiągnąłem w końcu grań kilkadziesiąt metrów powyżej Świstowego Rogu.
Stamtąd rozpocząłem czujny trawers mocno podsypany śniegiem pod pionowymi, północnymi ścianami Świstowego Rogu. Zmierzałem w kierunku Niżniej Świstowej Przełeczy i dalej Zadniej Świstowej Turni. Tam zaplanowałem drugi biwak i nie byłem jedyny w tych planach, gdyż przywitała mnie tam para kozic. Na miejsce dotarłem już po zachodzie słońca, zupełnie wyczerpany. To była porządna lekcja ścianowa z takim balastem na plecach.
Na szczęście z racji zalegającego tam śniegu szybko udało się zorganizować miejsce na kolejny biwak. Dopiero po dogrzaniu się w śpiworze w suchych rzeczach przez przeszło godzinę i poratowaniu się na szybko zmarzniętymi żelkami, zacząłem gotowanie obiadokolacji.
Noc minęła w miarę spokojnie, pod hipnotyzującym gwieździstym niebem i nawet udało się strzelić kilka gwiezdnych kadrów. Obserwując przy okazji poranną wspinaczkę zespołu, który też spędził noc w skale, wspinając się na jednym z żeber Rumanowego Szczytu. O włożeniu zamarzniętych butów i ubrań raczej nie było mowy, więc porozwieszałem je na skałach i kosówce, czekając aż wyjdzie Słońce i przywróci je do stanu użytkowalności.
Po dosuszeniu rzeczy i spakowaniu kredensu, zszedłem z Niżniej Świstowej Przełeczy mega stromymi trawkami do Doliny Swistowej. Skąd następnie udałem się w kierunku Świstowej Kopki. Ten dzień miał być odpoczynkowym, więc z jej szczytu zrobiłem tylko trawers w stronę Troistej Przełączki w Grani Hrubej Turni. Ślad miałem założony przez kozice, więc było łatwiej
Choć momentami trawers ten był mocno psychiczny, zwłaszcza gdy nogi do połowy ud lądowały w śniegu.
Poniedziałkowy biwak uskuteczniłem na Zadniej Hrubej Czubie.
Po nocnych sesjach i przebudzeniu się, rozpoczął się codzienny rytuał układania wszystkiego od nowa w kredensie. Spakowany ruszyłem jak puszcza w dół do Doliny Litworowej przy zjawiskowych obłokach nad głową, zwiastujących niestety załamanie pogody. Początkowo trawkami, następnie zlodowaciałym przepadającym śniegiem, by w końcu kosówkami dotrzeć do uskoku w żlebie opadającym z Troistej Przełączki. Uskok zszedłem odbijając nieco w lewo i zapinając ewentualne stanowisko do zjazdu na gałęziach kosówki. Było to jakieś 4-5 m pionowej ścianki, po której otworzyła mi się droga przez kolejny żlebek, z mega zmrożonym śniegiem, już bezpośrednio na piarg w Dolinie Litworowej.
Zszedłem na próg Doliny Kaczej i przy odbiciu nad Kaczy Staw postanowiłem zrobić przerwę na gorącą herbatkę i uzupełnienie płynów w bukłaku. Na dłuższych zimowych wyjściach każde miejsce z płynącą wodą jest ważne, gdyż pozwala uzyskać wodę zerowym kosztem energetycznym, bez konieczności tracenia gazu do topienia śniegu. Zjadłem i nacieszyłem oczy osobliwymi obłokami wędrującymi po błękitnym niebie, a także morzem chmur powoli wspinającym się na próg Doliny Kaczej, ścielącym się gęstym dywanem u podnóża Masywu Młynarza. Wkrótce po tym, owy dywan rozścielił się również w Dolinie Kaczej. Po zweryfikowaniu prognoz podjąłem decyzję o zbudowaniu zadaszenia z tarpu, wykorzystując do tego kosówkę i sprzęt wspinaczkowy. Wtorkowy wieczór i noc spędziłem przy sypkim opadzie śniegu, a początkowo wręcz marznącego deszczu.
Przejaśnienia w środę przyszły dość późno, a ja postanowiłem poczekać na zapowiedzianego gościa i spędzić z Nim wigilię na nieodległym pagórku. Na Litworowej Buli wznoszącej się nad Kaczymi Stawami, choć dla mnie wzniesienie to powinno nosić nazwę Kaczej Kopki.
W czwartek pogoda poprawiła się, a ja żądny już kolejnych pagórków, ostrzyłem sobie zęby na podejście żlebem z nad Zielonego Kaczego Stawu na Pustą Ławkę. Początkowo mieliśmy wejść tam z Mariuszem jeszcze na wigilię. Ostatecznie kontynuowałem wędrówkę jednak sam, gdyż Mariusz był już umówiony na spotkanie w Dolinie 5 Stawów Polskich i zszedł na Łysą Polanę.
Podejście żlebem technicznie nie sprawiło żadnych problemów, choć w środkowej i końcowej części trzeba było nieco po brodzić w głębszym śniegu. Pierwotnie miałem odbijać wcześniej w kierunku Pustej Grani, obawiając się końcowego odcinka żlebu, ale zdecydowałem się jednak na wersję na wprost. Płyty u góry w żlebie przysypane, nic nie wyjechało.
Po dostaniu się na Pustą Ławkę, okazało się, że chyba jednak lepiej dla Mariusza, że nie próbowaliśmy tu spać środę. Wejście dało popalić niekończącym się żlebem, a warunki śniegowe i biwakowe już na samej grani i Przełęczy mocno koneserskie. Skończyło się na tym, że wszedłem na Zadnią Pusta Turnie na lekko. Oceniłem biwak na niej jako „mocno czujny” i koniecznie z asekuracją. Założyłem stanowisko i wróciłem na Przełęcz po kredens. Wbiłem dwa haki w ścianę Kaczej Turni i idąc na jednej żyle mojej 40 metrowej połówkowej liny, wróciłem na szczyt umeblować moją sypialnię. Dołożyłem 3-ci punkt asekuracyjny i przy zachowaniu zasad niemal jak na big wallu, przypinając wszystko co rozpakowałem z plecaka, przygotowałem platformę pod matę w sypkim śniegu. Grańka na tyle wąska i stroma, że trzeba było uwzględnić lekki przeciwspadek podnosząc lekko prawą stronę maty, aby po ugnieceniu i roztopieniu śniegu pod nią, wyrównało się z lewą stroną, która opierała się już na twardszym trawkowym podłożu. Noc jednak zweryfikowała, że podniesienie było jednak jeszcze zbyt małe, bo obudziłem się w lekkim przechyle, ale nigdzie na szczęście nie odjechałem. Wieczorem gdy ja wylegiwałem się już w ciepłym śpiworze, gotując gorący posiłek i herbatkę w ścianie Wysokiej nadal walczył zespół podchodzący jej północną ścianą.
W piątek rano schodząc śnieżną granią w kierunku Pustej Ławki, jeszcze nie do końca wiedziałem, że odcinek prowadzący z niej pod Galerię Gankową, to ponownie będzie dusza na ramieniu. Ten mocno piarżysty taras z końcową rynną w warunkach zimowych, to naprawdę było mocne wyzwanie dla nerwów. Bo technicznie może i bez większych trudności, jednak mix zlodowaciałego na przemian z sypkim śniegiem na tych poduchach, które się tam zgromadziły, to był istny dreszczowiec z każdym krokiem. Atmosferę podgrzewał jeszcze bardziej krzyż złożony z kijków narciarskich na pamiątkę śmierci Milana Styka doświadczonego, słowackiego skialpinisty, który zginął w tym roku w tej okolicy spadając z lawiną. Chyba to był ostatni raz kiedy przeszedłem go zimą.
Po uporaniu się z nim, kieruję się w stronę Spadów pod Rysami z zamiarem przenocowania na kolejnej ciekawej turniczce w Grani Ciężkiej Turni. Po drodze mijam zespół wybierający się z Doliny Ciężkiej w stronę Wagi, oraz dwa zespoły wstawiające się w drogę Hurtik-Kulhavy na Rysach. Mnie natomiast dopadł już lekki kryzys podejść, pomimo że kredens już nie miał swojej pierwotnej wagi po 6-tym z rzędu biwaku, to częstość przystanków na podejściu zwiększyła się względem pierwszego dnia. Możliwe, że była to też kumulacja odwodnienia, bo nie oszukujmy się na pewno nie dostarczyłem odpowiedniej ilości płynów, choć starałem się codziennie rano i wieczorem wypijać herbatę z Litorsalem. Po mozolnym podejściu do Ciężkiego Kotła zdecydowałem dostać się na Pośrednią Spadową Przełączkę, z której chciałem ocenić możliwość nocowania na Ciężkiej Turniczce. Jednak silne porywy wiatru szybko wybiły mi to z głowy, gdyż miejsca tam niewiele, a wystawa zupełnie nieosłonięta przed wiatrem. Zmęczenie po podejściu zlodowaciałym śniegiem i stromymi trawkami na Przełęcz dało się mocno we znaki i trzeba było myśleć raczej o jakimś bezpieczniejszym miejscu do spania. Początkowo myślałem nawet o zejściu do Spadowej, jednak finalnie dobrze, że się na to nie zdecydowałem. Myślę, że siłowo byłoby to już za dużo na ten dzień. Potrzebowałem odpoczynku.
Znalazłem więc lekko nachylony głaz w grani prowadzącej na Niżnie Rysy i po dobudowaniu platformy tak aby nie zjechać spod niego z matą, przystąpiłem do próby zadaszenia go tarpem. Sztuka ta nie była zbyt prosta, ale ostatecznie nie wyszło najgorzej i chyba pierwszy raz swojej biwakowej karierze wykorzystałem do podwieszenia ”sufitu” hak wbity nieco powyżej legowiska.
Zapowiadane załamanie pogody na szczęście trwało tylko około 3 h. Po osłabnięciu wiatru, który przygonił również niskie chmury, niosące sporo wilgoci w postaci zmarzniętych kryształków lodu osiadających na wszystkim wokół, przyszło rozpogodzenie z rozgwieżdżonym niebem. Spałem już kiedyś na tej grani licząc na piękne nocne kadry z Galerią Gankową, jednak nie miałem wtedy szczęścia do pogody. Tym razem było zupełnie odwrotnie, noc zaoferowała naprawdę piękny spektakl, zupełnie jakby chciała się pożegnać z niestrudzonym wędrowcem.
W sobotę opuściłem się nieco z Pośredniej Spadowej Przełączki, a następnie przetrawersowałem do żlebku wyprowadzającego na Niżnią Spadową Przełączkę. Stamtąd w warunkach i atmosferze podobnej do tej z zejścia z Pusej Ławki przetrawersowałem tarasikiem pod ścianami Ciężkiej Turni i zacząłem zejście jedną ze stromych rynien na górne piętro Doliny Spadowej. Śnieg w niej był na tyle sypki, iż momentami wpadałem niemal po pas jednocześnie dotykając brodą śniegu pochylając się do przodu i starając się utrzymać w niej równowagę. W pewnym momencie pomyślałem nawet, że chyba najlepszą formą zejścia stąd ,była by próba dupozjazdu, ale niżej pojawiło się więcej lodoszreni i hamowanie w niej tyłkiem, mogłoby nie należeć do przyjemnych. Zszedłem więc klasycznie i udałem się w stronę Spadowego Ramienia, oddzielającego Dolinę Spadową od Żlebu za Widłę. Ramieniem już w słońcu dostałem się pod spiętrzenie Spadowych Czub, gdzie musiałem się nieco powspinać, zostawiając plecak i wracając po niego już po założeniu stanowiska wyżej. Następnie z grani Spadowych Czub wykonałem dłuższy zjazd niemal na pełną długość 40 metrowej połówkowej liny i łatwiejszym odcinkiem doszedłem na Młynarzową Przełęcz. Tu po sprawdzeniu prognoz miałem lekkie wątpliwości, czy na pewno kończyć już biwakową przygodę na tym wyjściu. Nie chodziło nawet o śrubowanie rekordu ilości biwaków pod rząd, zwyczajnie byłem na tyle zmęczony, że miałem wątpliwości, czy dam radę zejść i dostać się do Jaworzyny po auto. Zapowiadany jeszcze silniejszy niż poprzedniej nocy wiatr przechylił szalę i ruszyłem zaśnieżonym żlebem w kierunku Wyżniego Żabiego Stawu Białczańskiego. Przed wyjściem zupełnie niepotrzebnie bałem się zejścia tym wariantem, który pomimo dość sypkiego śniegu, przy trawersach Kaczej i Cieżkiej Turni, czy podejściu na Świstową Grań, okazał się tylko formalnością. Tym sposobem znalazłem się w ostatniej z Dolin Białej Wody, plan zrealizowany. Nad Niżnim Stawem wypiłem tradycyjną już Białczańską herbatkę z czekoladą i przy mocnych porywach wiatru, które wybiły mi zupełnie z głowy 8 nocleg na Aniele I Wielkim, ruszyłem na niekończące się zejście do cywilizacji.
Droga z Łysej Polany do Jaworzyny to była już prawdziwa katorga. Nie widziałem jeszcze, że przyjdzie mi powalczyć dodatkowo z odśnieżaniem wyjazdu, aby móc się wydostać z zaspy, którą po ponad tygodniowym postoju auta, zafundował mi pług śnieżny. Na szczęście nie musiałem wracać od razu do Kielc. Skorzystałem z zaproszenia nieocenionej Zosi, która pomimo swoich kłopotów zaoferowała nocleg i nawet zachomikował ostatni kawałek świątecznego sernika dla zbłąkanego wędrowca, dziękuję! ![]()
8 pełnych dni w Tatrach, bez szaleństw zdobywania, bez presji czasu, bez wsparcia, po prostu bycie Tam gdzie moje miejsce i serce. Pewnie można było zrobić więcej, szybciej, może i mocniej, tylko po co? W moim odczuciu i tak kilka razy zaryzykowałem zbyt wiele, na szczęście doświadczenie nabierane przez już setki dni spędzonych w Tatrach procentuje i pozwala na takie szaleństwa, bo inaczej chyba nie można tego nazwać. Ile wejść tyle zejść i do zobaczenia gdzieś TAM…















































































